Stoicy kłamią

Najbardziej chciałam zrobić dla Szmiry wpis o niczym, ale znowu się nie uda – choć dla odmiany nie będę nawet szeptać o sprawach społeczno-społecznych, bo mam ich tak dość, że boli mnie brzuch.

Będzie jednak o gorszych rzeczach, na przykład o tym, jak to od dawna marzyłam, żeby stać się stoikiem i przekształcić swoją euforyczno-depresyjną naturę w Senekę z cyckami, a jedyne, co w życiu mi wyszło, to transformacja z romantyka na pozytywistę (w ostatnich latach liceum) i przerzucenie się z kibicowania czerwonym na kibicowanie białym podczas każdorazowego wybuchu powstania styczniowego (jak wyżej).

Będzie też o przesądach: o tym, jak to wybucham szyderczym śmiechem, gdy ktoś wierzy we wróżby, baśnie i mity, a sama w nie wierzę, bo na przykład nie zgodzę się, że przypadkiem może być sytuacja, w której powiesz głośno „Ale jest cudownie” i w tej chwili na łeb spada ci cegła.

Dobra, tak na serio… Tak na serio już któryś raz w życiu było właśnie tak: pisałam właśnie wielkimi wołami, że drogi pamiętniczku, rok dwa tysiące szesnasty był najpiękniejszym rokiem w moim życiu i…. jebudu! Nie, nie stało się nic strasznego, drobny grad pokruszonych cegieł, ale jednak jątrzy to to umysł i siedzi na rzęsach, a nie przejmować się nie da, bo, jak zostało ustalone, stoikiem nie jestem. Każde poszarpanie się z osobą bliską krwią, blizną i łańcuchem DNA jest przykre, nawet jeśli wasze mózgi ulepione są z innych zupełnie składników, a wasze oczy nawet nie potrafią patrzeć w podobnym kierunku, o czym każdy przecież wie.

Jej… Ale ciężar gatunkowy. Ale żal i złość i wkurw i obrażenie. Ale jestem nabuzowana, zniesmaczona, rozżalona i chlipiąca.

 

 

E.

11 komentarzy

  • Ja tez mam dość tych spraw o których nie wolno mówić, z tą różnicą, że mnie boli od nich głowa. Im bardziej mam ich dość, dym głośniej krzyczę, że mnie nie obchodzą i nic z tego krzyku chyba nie wynika. Głowa boli nadal tym bardziej im intensywniej mnie nie obchodzą. ;))) Wygląda zatem na to, że mój stoicyzm poszedł się… Tzn – nigdzie nie poszedł bo nigdy go nie było, chociaż marzeniem był… nadal bywa. Utopijnym oczywiście.

    Z przesądami mam to samo. Czarny kot sprawia iż nagle przypominam sobie o czymś i muszę się wrócić. I nie… to nie ma nic wspólnego z kotem. Nic a nic. 🙂

    DNA. O widzisz… DNA to dopiero tajemnica. Bo z jednaj strony jak cię takie DNA wkurwi to wielkie halo i w ogóle ale z odkurwianiem też jest dziwnie, jakby jednak te ogniwa łańcuszka się nadawały do plombowania dziur w sposób naturalny. Chociaż… nie mogą tego robić w nieskończoność. I wtedy to zaczynasz się zastanawiać czy aby nie podmienili Cię w szpitalu… Tzn mnię. :)))

    • E.

      No tak, odkurwianie jest specyficzne. Ale to może wynikać nie tyleż z kleistości DNA, co z musu: nie zrobisz przecież wielkiej dupoobrazy, tylko musisz się jakoś pojawić pewnego dnia. Więc sądzę, że dużo w tym… polityki. Tylko faktycznie tej niewolniczo miłosnej, a nie niewolniczo nienawistnej.

      • A właśnie… słowo „muszę” jest kluczowym. Kiedy się mu przestałam kłaniać…(temu słowu) wszystko zaczęło inaczej wyglądać. Oczywiście to ma jakąś cenę ale przynajmniej święta mogę teraz kochać miłością nieskażoną 😉

  • Czasami myślę, że jestem z innego świata. To niby taki banał, ale długo czułam się obco… teraz jest lepie. Kisses

  • Anna

    Zawsze wolałam cyników od stoików, ale może głupia jestem. Miałam nie pisać, bo nie do mnie, a poza tym i tak wiesz, że jakby co to jestem gdzieś tam. Jestem nikim, a to czasami ma sens. Płakać w mankiet nikomu. No dobra, mówić o tym ważnym też nikomu fajniej czasami.

    • E.

      Cynicy są czadowi, choć mniej napisali, tacy byli bardziej jako zjawisko popkultury. A za gotowość jestem wdzięczna. Swoją drogą zastanawiam się… jak jest trójka dzieci w domu to nie robią się z tego układy i pakty? Socjologicznie trzy to nie tylko dwa plus jeden, ale zupełnie nowa jakość, plus skomplikowanie relacji… Ale nie musisz odpowiadać, tak głośno myślę – sama w układy czasem wchodząc. Zastanawiając się tylko czasem, jakby to było, jakby między mną a drugą osobą w pewnym sensie jakościowo równorzędną, pojawił się jakiś inny punkt odniesienia, inny, ale równy nam. Inny niż rodzic. I za cholerę nie umiem sobie tego wyobrazić.

      • Anna

        Uproszczona odpowiedź – istnieje synergia, naprawdę. To po pierwsze. Układy też, zresztą zmienne, i ta zmienność chyba czyni to możliwym do zniesienia. Miłość, ale i inne uczucia, zwielokrotniają się, ba, potęgują, by się potem podzielić, pocałkować albo spierwiastkować. O, chyba to ostatnie najlepsze, bo jeśli ktoś nie uważał w szkole, to mu jakieś minusy powchodzić w życie mogą. Chociaż ich tam nie ma przecież. A właśnie przeczytałam o tych połamanych dzieciach V. I po pierwsze rozkaszlałam się z zachwytu nad urokliwą i ironiczną myślą dotyczącą szeroko pojętej witaminy C. Po drugie nowego czegoś się nauczyłam, i będę teraz sumiennie pielęgnować tę moją część, która jest elitarystyczna ( dobra forma?). Och, jak chciałabym cała taka być.

  • E., abberacje chromosomowe. Albo duplikacja genów, mutacja punktowa, tudzież jakieś delecje. Ja tak staram to sobie wytłumaczyć.

  • Cracker to ma tę przewagę, że może używać jakichś skomplikowanych zwrotów i nas wkręcać, bo przecież nie będziemy za każdym razem sprawdzać, co to za pies ta mutacja…:))
    Poza tym że rok generalnie był do dupy, były to pierwsze święta, kiedy z rodziną (w sumie 9 osób) wyszło cudnie. Dobra wiadomość jest więc taka, że to jednak jest możliwe i nie należy tracić nadziei.
    A zła – że czekaliśmy na to wszyscy jakieś… 30 lat?
    Zauważam u siebie, że dopóki wszystko idzie zgodnie z planem, jestem cudownym stoikiem. Ale kiedy tylko coś się zatnie, natychmiast staję się furens femina, żeby nie użyć gorszych zwrotów.
    No to już nie wiem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *