Karuzela bez madonny

Print

Dzieje się. Dzieje się tak, że nie mogę nawet niczego na chwilę zatrzymać, żeby się temu przyjrzeć, choć właśnie to jest aktualnie moim pragnieniem. Nie wytrzymałam bez zwierzania się w sieci, taki układ nerwowy, taki los, taka osobowość, taki ekshibicjonizm, takie życie.

Boże drogi, kimkolwiek jesteś, robisz mi to, co robisz, a ja płaczę ze zmęczenia, a jednocześnie jestem szczęśliwa. Tak wiem. Tylko idioci pracują siedem dni w tygodniu, z czego cztery po ponad dziesięć godzin. Przepraszam za to siebie solennie i obiecuję poprawę. Zapętliłam się, popełniłam błąd i ciężko mi teraz wykaraskać się ze zobowiązań. Przepraszam przyjaciół, że nie chodzę z nimi na piwo. Przepraszam dziadka, że nie było mnie w Lublinie dwa miesiące z hakiem. Ale siebie, siebie jednak najbardziej. Tylko H. nie przepraszam, bo on czerpie z mojego zapieprzu, w jego cieniu może sobie spokojnie siedzieć i pracować do nocy, a ja nie wyrażę swojej pretensji, że czemu-tyle-pracujesz, bo byłoby to deczko absurdalne.

A poza tym wydarzyło się coś takiego dziwnego kilka tygodni temu. Było przed weekendem, przed którym myślałam, że jestem oryginalna, a potem było po weekendzie, po którym już wiedziałam, że jestem typową, nudną, jednoznaczną i jednowymiarową BABĄ. Taka wiedza kosztuje sporo emocji. Było to tak: H. powiedział, żebym przyjechała do Krakowa na sobotę wieczór, podczas gdy sam siedział tam na jakiejś konferencji od czwartku. Na jeden dzień mam jechać? pytałam samą siebie, udzielając sobie ostatecznie odpowiedzi, że why not, przynajmniej porozmawiamy bez obecności ekranów laptopa przed nosem. I pojechałam, siedzimy sobie w knajpce, patrzymy na siebie z nieustającym zachwytem, ja słucham o konferencji, choć myślami trochę odbiegam, że o jeju, byliśmy w tej samej sześć lat temu z kawałkiem, jakże zapierdziela czas, ach ach, a także myślę o tym, że zimno tu trochę i wstanę zaraz zamknąć okno i w ogóle cała rzeczywistość układała mi się w luźno związane ze sobą puzzle, dlatego – szczerze mówiąc – ten pierścionek to ja zobaczyłam dopiero po chwili, a zanim ogarnęłam swój umysł na tyle, aby zrozumieć co to jest, minęło pewnie jeszcze więcej chwil.

Potem już było intymnie, makijaż mi się tylko rozmazał tak z ciekawostek, a jeszcze potem pytałam go to razy, czy na pewno mi dał to, co dał, robiłam sobie zdjęcia palca, zrywałam się rano i biegłam do łazienki czy pierścionek leży tam, gdzie go zostawiłam, a jak H. chciał ze mną o czymś pogadać, to mówiłam, że jestem zajęta, bo oglądam swoją dłoń.

Takie jaja. Jajajaja jajajaja jaja.

E.

8 komentarzy

  • Ja też nie skomentuję, bo już wiesz wszystko.:))
    Dobrze, że pierścionek nie był w ciastku, albo w szampanie, bo potem szpital i rozcinanie brzucha. Tacy to niektórzy są romantyczni…
    Cudnie, że czasem Pan Bóg jednak nie skreśla naszych planów. Widocznie zasłużyłaś:)))
    Ściski.
    PS. Ale w tym wpisie wyszła z ciebie…gówniara:)))))))))))

  • E.

    Ej, skomentuj jeszcze raz, żeby sprawdzić, czy już wyłączyłam konieczność akceptacji… Ps. Dlaczego gówniara??

    • Sama sprowokowałaś ten zwrot, jęcząc onegdaj, że „nie jesteś już gówniarą”, z żalem i nostalgią. Mnie to się nie podobało, bo „gówniar” nie lubię, ale pewnie co innego widzimy pod tym hasłem.
      Twoja relacja z całej ceremonii i czasu „po” jest taka słodka, że zobaczyłam 17-letnią pensjonarkę:))
      Czyli… jesteś.
      Mój komentarz znasz doskonale. Cieszę się z dobrej zmiany w podejściu do przedmiotu, a Małgośka rządzi i już:))

  • Anna

    Czy masz może kota? Bo mojej młodej kot zjadł TEN pierścionek. Więc uważaj. A w ogóle to sweet… ja bym tez chciała tak sweet… ale jadę na urlop za chwilę, to może będzie bez laptopów i tak sweet…

    • E.

      O kurde!!! Nie dało się go wyjąć? Ja wiem, że świadomość drogi jaką przebył byłaby co najmniej kłopotliwa dla osoby wtajemniczonej, ale jednak!
      Będzie, postarajcie się przynajmniej, postaranie to jednak pierwsza droga do sukcesu 🙂

      • Anna

        Zrobili, co mogli… nic z tego. Młoda ma nadzieję, że kiedyś jeszcze się znajdzie… ale póki co była panną młodą bez pierścionka zaręczynowego i nadal, mimo że już trochę minęło, za nim tęskni.

  • NO!To dobra wiadomość. Tzn… wszystkie wiadomości własciwie są dobre. Wiem… najbardziej powinnam się cieszyć razem z Tobą z pierścionka. No cieszę się ale bardziej jednak z kolacji i knajpy i z Krakowa. A najbardziej to jednak cieszy mnie że prywatnie i że wszystko juz dobrze… :))) A BABĄ jesteś! No pewnie, że jesteś tylko z tą nudną, jednowymiarową i typową to bym polemizowała. Ale pierścionek fajna rzecz. Mam nadzieję, że ma oczko które sie błyszczy jak je pod światło podsunąć. To świetna i eksytujaca zabawa. Można próbować pod różne typy światła i pod różnymi kątami. Ma wtedy przedziwne refleksy… A wiadomo refleksyjnie w przypadku pierścionka powinno jednak być. I ekscytująco zarazem… 🙂
    Ps. Jak nie ma oczka refleksy na pewno znajdziesz na innych jego częściach.

  • dyrektorlodówki

    Ja to taki „pierścionek” to mógłbym za tydzień na przykład zauważyć, albo trzeba by mi było pokazać. Grzechotnik jesteś!:)
    No i fajno, czerwono a nawet różowo. Podoba mi się:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *