Pandemicznie po raz pierwszy

aha

W najlepszym skeczu, najbardziej patetycznym wierszu, nie przyszłoby mi do głowy, że potrzebę powrotu do Spacji wygenerują nietoperze i wirusy. Życie jest kiepskim kawałem, bo myślałam, odkąd pamiętam, że będzie to raczej wojna, rozruchy polityczne, starcia z policją, czy coś w rodzaju Majdanu.

Myślę, że jestem kimś w rodzaju racjonalnej katastrofistki. Po jednej stronie mam matematykę i trzymanie się wiedzy o procentowej zachorowalności i procentowej umieralności, po drugiej – swój chory łeb, który jednak też jest jakoś tam racjonalny, ale po swojemu. Bo tak. Ludzkość w moim rozumieniu ludzkości wróciła do normy. Do strachu przed jutrem, do czarnych scenariuszy wygenerowanych przez fakty, przez dżumy, grypy hiszpanki, bolszewików, sraczki i przemarsze wojsk. Jesteśmy w domu, my dear homo sapiens. We are at home, my Europe. Do końca liczyłam jednak, egoistycznie, jak to bezdzietna z wyboru w XXI wieku, że może jednak mnie to ominie, te wszystkie przełomy? A jeśli nie ominą (patrz: Syria, patrz Majdan, patrz uchodźcy), to będą na tyle daleko, aby martwić się nimi ostrożnie…? A tu dupa.

Kilka luźnych uwag. Po pierwsze, z moją wiedzą historyczną i koncepcją człowieka daleką od uważania go za raczej za dobrego niż złego, zauważam bez zdziwienia, że jeszcze dwa tygodnie temu na apele ośrodków dla bezdomnych o środki czystości i wsparcie, zadowoleni z siebie filantropi pędziliby za złamanie karku i robili sobie selfie z proszkiem do prania na tle. Ja też, żeby nie było. Dziś – cisza. Dziś nie ma solidarności, w obliczu własnego strachu, własnych czarnych myśli, własnej dżumy. Fuck you, solidarity. Ważne, aby nie zachorował nikt z MOJEJ rodziny. Witamy cię na nowo, człowieku.

Po drugie, jestem głęboko zawiedziona sobą, swoją wyobraźnią idiotyczną, nieokiełznaną. Moje myśli skaczą bez kontroli umysłu jakby, między Camusową „Dżumą”, „Miastem ślepców” i „Ale z naszymi umarłymi” Dehnela. Nawet ta ostatnia pozycja, daleka od klasyki komedia, obciąża mi mózg, bo myślę o tych momentach, od których zaczynały się tego typu książki. Czyli od niby nic nie znaczącej wiadomości, która potem wraca jak mantra (że w Oranie znaleziono martwego szczura, bo tak się przynajmniej u Camusa zaczyna). Myślę o imprezie z Gn., sprzed trzech tygodni, jak powiedziała, gdy zamawiała wódkę i rozsiadaliśmy się w klubie, „a wiecie, że we Włoszech są jacyś ludzie zarażeni kornawirusem?”. A ktoś na to, obojętnie, nalewając: ale to Chińczycy? Dialog jak dialog, ważne, że on był, do ciężkiego, katolickiego diabła, TRZY TYGODNIE temu. Czyli jak będzie wyglądał mój kraj już za chwilę? Potem kadr w głowie zmienia się i wyobrażam sobie, jak nagrywam filmik video i się żegnam ze wszystkimi, ale nikogo już nie ma, the end. Nawet „Show must go on” nie mogę puścić, bo już nie działa net, a i show nie ma zamiaru go on. Potem zastanawiam się, kogo bym wybrała, do kogo jechać, jak wyjaśnić A., że muszę być w Lublinie, bo ktoś tam złapał wirusa, a ja nie chcę bez tego kogoś żyć na przykład. I takie tam. Potem piję wino, patrzę w lustro i pytam, kto cię idiotko tak wychował, przecież rodzice w miarę normalni…?

Po trzecie, dla mnie samej ciekawe bardzo i jakoś jednak optymistyczne w całym katastrofizmie, to to, że ja na co dzień żyję planem na ten tydzień, następny i jeszcze następny, i jak mam coś zmienić, to ja się denerwuję, ja nie chcę. Jestem tak głupia, że nawet jak zaplanuję weekend w Lublinie i się przeziębię dajmy na to, to choć nic konkretnego w Lublinie nie mam, to nie podoba mi się, że muszę coś zmieniać, jestem wtedy zdenerwowana, rozczarowana i wściekła. Teraz wiem, że nie pojadę na festiwal do Londynu, który był dla mnie jak grom serduszek, jak radość w formie skondensowanej. Wiersze już przetłumaczone na angielski, wszystko działa. A tu bach. Tylko że zamiast zawodu pojawia się nowa jakość, coś w stylu autentycznego „No i trudno”. Uczę się, jak to jest: poleżeć. Poczytać. Pożyć. Tylko jak, skoro ma się głupi łeb. Jak…?

A po czwarte nic mądrzejszego ponad to, co piszą lepsi ode mnie. Że nie wiem, gdzie trzeba mieć wrażliwość, empatię, podstawowe komórki mózgowe i wyobraźnię choćby pierwotniaka, aby łazić na kolanach, całować stópki Jezuska, babrać paluchy w kropielnicy i czekać aż Matka Boska jak zawsze obroni polski naród nasz, hej. Nie to co Włosi, Włochom Matka Boska się nie należy, bo oni nie mieli AK tylko Mussoliniego, no i Santo Subito niby był u nich, ale przecież jednak nasz. I nie wiem: czy naprawdę tych średniowiecznych trędowatych nie da się pociągnąć do odpowiedzialności za umyślne zarażanie…?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *