Pijany Wrocław

Wrocław mnie zawiódł, choć przywitał pięknie. Obca osoba zagaduje na Facebooku i zaprasza na wieczorek mój własny. Radosny szok i obawa – niesłuszna po trzykroć. Kiedy N. powiedziała, że pojedzie ze mną i zrobimy sobie wycieczkę, przez chmury przebiło się słońce i pojechałyśmy. Rozkopane ulice blokowały wjazd do hotelu, do tego nie mam zastrzeżeń. Do hotelu większe, ale był tani, więc może też nie powinnam.

Byłam tu trzeci raz i dwie pierwsze wizyty zakodowały w mojej głowie ładną, dużą przestrzeń, turystów, formę widocznego dostatku. Tym razem, gdy najpierw siadłyśmy na obiad, na rynku rąbało jakieś straszne disco z wodzirejem. Wałęsał się żebrak i para siedząca przy stoliku od moich pleców zaburzała i tak zaburzony odbiór rzeczywistości jakimś topornym grubiaństwem. Zdarza się wszędzie, chodźmy, i poszłyśmy do galerii Ślimak, gdzie miał odbyć się wieczorek.

Na dzień dobry uderzył mnie entuzjazm o skali nieprawdopodobnej. Pani właścicielka ma misję i ją realizuje, zaprasza – użyjmy słowa szumnego „artystów” – ogłasza, reklamuje, dopasowuje prowadzącego, częstuje winem a na końcu poza tradycyjnymi kwiatami daje czekoladę. Bardzo mi się chciało czekolady.

Siedziałyśmy w Ślimaku do nocy i rozmawiałyśmy o literaturze, aż etap imprezy doszedł do puszczania sobie muzyki na youtubie. Ja przymusiłam wszystkich do odsłuchania tego:

Potem, uszczęśliwiona, poszłam z N. na miasto, a podczas spaceru w kierunku Rynku zaczepione zostałyśmy trzy razy. Nieco obniżyło to euforię, zwłaszcza że potem, pod parasolkami przy niezbyt czystych stolikach co chwilę obserwować mogłyśmy narąbane grupki, obcokrajowców z bliskiego zachodu, o fryzurach z plakatów disco-polo lub niemieckich pornosów z lat 90. Wszystko krzyczało, falowało, brzydko pachniało i upadało. Taksówkę powitałyśmy z ulgą.

Ale i tak było świetnie. Nie licząc pracy z laptopem na kolanach na siedzeniu pasażera, bo powiedziałam, że szybko napiszę ten tekst, do niedzieli po południu. Nie przewidziałam dwóch dodatkowych godzin w aucie, które spędziłyśmy zablokowane sznurem samochodów z prawej, tramwajem z lewej, a biegnącymi maratończykami od strony maski. Po cholerę oni biegną, ja się pytam już po raz kolejny w życiu?!

Kupuję od razu pięć tomików, jak tylko wyjdą, napisała pani ze Ślimaka. Muszę to u siebie mieć! No i pozostań tu skromny jak należy, człowieku… 🙂

E.

4 komentarzy

  • Anna

    Zawsze chciałam mieć Twój tomik….*

    *od kiedy przeczytałam Twój pierwszy tekst

  • Gdybym ja napisała same skargi, a na koniec podsumowała, że było świetnie, zaraz posypałby się grad zarzutów, że się czepiam i wiecznie niezadowolona…
    Ale tak czasem bywa przecież, że choć poszczególne składniki trochę rozczarowują, to jednak ocena ogólna wypada pozytywnie.
    Lubię ten Wrocław, a maratończyków nie, gdzie by nie byli. Dziś mnie własnie przyblokowali w drodze do rodziców, więc nie mogłam się powstrzymać od myśli: A, dobrze im tak w tym deszczu!

  • margo

    Mam nadzieję, że nie poczułaś się tam jak wątpliwa artystka :*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *