Każdy człowiek zasługuje na szacunek, ale czasem na mniejszy


A ponoć moim krewnym był żołnierz-poeta
Co za Kościuszki szyj chciał biskupów, magnatów;
Ach czyżbym po nich przejął jakobiński nietakt
I czci brak dla błękitnej krwi i purpuratów?

Jacek Kaczmarski, Drzewo genealogiczne


Kiedy przyjechałam do Warszawy jako mała, zalękniona życiem suczka z gatunku homo sapiens, czekałam na H., który miał dojechać. Czekając, znalazłam swoją pracę, na temat której wszyscy mi wmawiali, iż jest moją pierwszą pracą na serio, a ja wierzyłam, zagłuszając swój instynkt. Instynkt podpowiadał mi, że zlecone godziny na uczelni i korepetycje też były serio.

Ale wtedy byłam za głupia na słuchanie instynktu.

Praca była w stowarzyszeniu organizującym festiwale filmowe. Na festiwale składają się konkursy, pokazy specjalne i warsztaty. Pracowałam przy tych pierwszych, głównie jako mieszanina hostessy z sekretarką, choć moje stanowisko nazywało się mądrzej i ładniej. Odpowiedzialna byłam za gości i za biurokrację. Goście byli ważni i znani, a ja byłam ich pierwszym kontaktem, strażnikiem, koordynatorką transportu i osobą, z którą jadali obiady w eleganckich restauracjach, zabawiani moim żałosnym small talkiem.

Jedni traktowali mnie jako osobę do towarzystwa, inni jako służącą. Mieli znane nazwiska, a ja na ogół musiałam ich googlować, gdyż prawie nie chadzam do kina i znana buźka to dla mnie terra incognita. Najważniejsze okazało się jednak to, że statystycznie na dziesięć nabytych w ten sposób kontaktów, obdarzałam sympatią dwie osoby. Wielu nie znosiłam, ale byłam za głupia na instynkt, bo to kochanie, córeczko twoja pierwsza praca na serio.

Aha…

*

Minęły trzy lata. Ze stowarzyszeniem rozstałam się, z założeniem, że możemy współpracować od czasu do czasu. Pamiątką po pracy stałej tam właśnie są rozognione wrzody i wspomnienie sytuacji, które być może na wyrost uważam za upokorzenie, ale jednak uważam. Szef bowiem kazał mi realizować w praktyce wyobrażenia gości na temat tego, czym jest gościnność. Nawet jeśli te wyobrażenia były bardzo odległe od moich.

VIP-ów od tamtego czasu nie lubię z założenia, zakładając, że już aby się nim stać, trzeba być trochę chorym na głowę, choć myśląc tak, jestem niesprawiedliwa – wszak pan Janusz, Paweł, Agnieszka, Wojtek, Antek i Mateusz są świetni, byli świetni. Tylko że na siedem festiwali, na których miałam po sześciu-ośmiu „gości specjalnych” ta garstka to niewiele.

W tym roku pojechałam w innym charakterze, pod moją kuratelą były warsztaty. Pod kuratelą logistyczną, rzecz jasna, bo nauczyć to ja nie nauczę w materii filmowej nikogo i niczego. Było dużo młodzieży, sześćdziesiąt sztuk z czterech państw europejskich. Przepychałam się z nimi nieraz, bo zniszczyli wykładzinę w hotelu, nie dość intensywnie spieszyli się na autobus, nie zawsze sprzątnęli po swoim obiedzie dowożonym im na plan, no i dwukrotnie wylądowali wraz ze mną, jako tłumaczem, u lekarza. Widziałam więc francuskie obnażone pośladki, bo lekarka upierała się, że ona ani be ani me i mam zostać, a raz po drodze zgubiłam trzech Węgrów, szczęśliwie jednak odnalezionych.

Czy się irytowałam, czy byłam spokojna, jedno było faktem – warsztatowicze używali słowa „dziękuję” kilka razy dziennie. Niektórzy kilkanaście.

*

Dwa dni przed zakończeniem festiwalu koleżanka opiekująca się VIP-ami spadła ze schodów, skręcając sobie spektakularnie kostkę. Przejęłam jej obowiązki, doprowadzając się do stanu chodzenia na czworakach, ale mus to mus, a dla niej bym zrobiła wiele.

Tylko że na pięć osób cztery były okropne. W jaskrawym zestawieniu z młodymi uczestnikami warsztatów uznałam, co następuje: to był ostatni raz. Mogę pracować po kilkanaście godzin na dobę, mogę zachrzaniać, mogę biegać, mogę nie spać, mogę się poświęcać, ale mam w głębokim ciemnym rowku tych, którym świat wmawia, że są ważni, a oni nie są.

To znaczy są, bo każdy człowiek jest. Ale aby wywołać we mnie szacunek należy po prostu być przyzwoitym. Grzecznym, mądrym życiowo i inteligentnym. Wrażliwym i odpowiedzialnym. A tego nie uzyskuje się znaną gębą. Ani tytułem naukowym. Ani liczbą dyplomów. Ani stanowiskiem. I tego jako jednej z nielicznych w życiu rzeczy jestem tak cholernie pewna…

E.

 

7 komentarzy

  • Można powiedzieć, że i tak nie miałaś najgorzej. Wykonywałaś swoją pracę jak umiałaś, coś tam pewnie też czasem lekko zawaliłaś, bo nie ma ludzi nieomylnych, ale potem wracałaś do domu i miałaś święty spokój.
    Gorzej chyba jednak mają ci, których życie (zawodowe, ale przecież jakie to ważne) zależy od tych przygłupów, arogantów, wpatrzonych w siebie mizoginów, Którzy muszą im się podlizywać dzień i noc, stać na dwóch łapkach, łapać rzucony w powietrze kapelusz, zanim dotknie podłogi, w lot zgadywać komu i gdzie muszą wleźć, żeby ich kariera nabrała pędu…
    I tak walczą i cierpią, dopóki…sami nie osiągną tego szczebla i nie zaczną się zachowywać tak jak tamci.
    A takie osoby jak ty, cóż, są im niezbędne żeby odreagować tamte czasy. Wtedy czują, że już TO osiągnęły.
    Żal ich trochę, mimo wszystko. Bo ty zawsze już możesz odmówić:)))

  • Anna

    Podejście pierwsze – jestem dobrym człowiekiem, bo jestem dobrym człowiekiem.
    Podejście drugie – jestem dobrym człowiekiem, bo już moge być dobrym człowiekiem.
    Podejście trzecie – udaję dobrego człowieka.
    Podejście czwarte – a po co w ogóle mam udawać?

  • Karol

    tylko że ty jesteś na jednym z krańców krzywej Gaussa, a większość ludzi nie i dla nich ważny jest właśnie ten, kto ma stanowiska, tytuły i tak dalej. co wcale nie jest takie irracjonalne, bo żeby to osiągnąć zwykle wymagany jest ogrom pracy/determinacji, który jest poza zasięgiem większości i dlatego jest to tak cenione. dlatego też mając tak odmienną postawę będziesz się ciężko zmagać z życiem ;]

    • Anna

      Sorry, że się wetnę, ale mnie coś poruszyło. Mianowicie czas przyszły w ostatnim zdaniu – jeśli jest tam przypadkiem, to no comments. Jeśli świadomie – to dla mnie właśnie w tym rzecz. E. się z niczym nie BĘDZIE zmagać, tylko się zmaga. I mnie na przykład drażni, gdy ktoś mi mówi, że coś się BĘDZIE działa, a dla mnie się już dawno dzieje. Natomiast zabieram kreślenie, że jestem/jesteś z końca krzywej Gaussa. Że też wcześniej na to nie wpadłam…

      • E.

        Popatrz… Nigdy nie zwróciłam uwagi na ten aspekt języka. Karol – dziękuję. Anna: no też. Natomiast czas przyszły nie wyklucza teraźniejszego w sumie. Choć łapę kontekst, no.

      • Karol

        Aniu,

        jak najbardziej świadomie, ale jak już E. zauważyła (ciekawe czy przypadkiem ;P), to użycie takiej formy czasowej nie wyklucza tego, iż od jakiegoś tam nieokreślonego „kiedyś” coś się dzieje. hmm, to chyba pierwszy raz ever, gdy wielorakość czasów w angielskim wydaje mi się mieć przewagę na naszym językiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *