Ja też gdzieś pojechałam

Gdybym pisała wciąż, to bym pisała to samo – że pracuję, że nie mam czasu, że nie mam siły i pomysłu. Kto tu wchodzi, by ziewał, by patrzył na zegarek, nudził się jak mops et wielkie cetera. Dlatego chciałam się pochwalić, że też gdzieś pojechałam i Jezusmaria, jestem już prawie podróżnikiem.

Ale nie, nie jestem. Jestem dupą wołową, choć wszyscy psychiatrzy zakazują mi tak o sobie mówić, myśleć i pisać też. Ale jestem. A było to tak…

W Elfce zakochałam się dziewiętnaście lat temu na obozie żeglarskim, kiedy razem jadłyśmy słodycze, a potem paliłyśmy papierosy i kąpałyśmy się nago na oczach wędkarzy naprzeciwko, bo niech sobie popatrzą. Pisałyśmy i na dobrą sprawę piszemy do siebie nadal długie listy i one rosną w stertę, bo jednakowoż dziewiętnaście lat to mnóstwo czasu, aby kolekcja rosła. Obecnie Elfka jest we Francji i pracuje w winnicy. Jest tak bardzo na swoim miejscu, że byłam przez cały wyjazd wzruszona jest kontaktem z naturą, skórą charakterystyczną dla ludzi stąpających po matce ziemi, jej nieustającą mądrością, rzeźbieniem z korków i miskami robionymi ze starych winyli. Ale od początku.

*

Piątek. Pojechałam na Okęcie taksówką i byłam za wcześnie. Spokojnie wykonywałam wszystkie ruchy z piciem kawy za horrendalną cenę włącznie, aby przed bramkami poczuć skurcz w sercu. Przecież ja mam przesiadkę w Zurichu. Przecież Szwajcaria nie jest w Unii. Przecież ja nie mam paszportu.

Otóż nie szkodzi, że nie jest. Ale wyobraźcie sobie ten kwadrans i garść zżartych przez stres komórek szarych i neuronów. Nie do odzyskania. A potem siedząc w samolocie zaczęłam się zastanawiać, czy Elfka powiedziała, że wyjedzie po mnie do Lyonu, czy ja założyłam, że to oczywiste…?

I tak dalej.

Niemniej na miejscu było pięknie od początku, przywitanie i podróż do Chagny, na wiochę wśród winorośli. I białe musujące na dzień dobry i odpoczynek, i spacer, i kolacja, i wieczór nad małą zatoczką, na trawie, z czerwonym i przekąskami. I niekończący się ciąg wzajemnego zrozumienia o charakterze wybitnie głębokim…

P1090871

*

Sobota. Wakacje. Winnice, degustacje, przyroda. Cytryny na drzewach, passiflora i kiwi. A przecież to od Polski tysiąc kilometrów zaledwie… I zakochana czuję się coraz bardziej, bo widzę, że francuskie babcie na wiosce otwierają ramiona i cieszą się, że ją widzą i rozmawiają o zbiorach, cały czas o zbiorach, wino się przewija, wino rządzi. Wino to życie. I mówią – nie do mnie, ale na mnie spada część splendoru, bo ja jestem leur amie – przyjdź kiedy chcesz, po co chcesz, cytrynki sobie zerwij.

P1090861

W samochodzie myślę, że moja miłość bierze się z zazdrości, że zawsze chciałam taka być, naturalnym uśmiechem rozkochiwać w sobie ludzi i umieć tak zawiesić piórko w rogu domu albo na lusterku samochodowym, aby wyglądało, że piórko musiało to wisieć, bo inaczej wszystko byłoby bez sensu. Tymczasem męczyłam się, gdy przyszli koledzy Francuzi i trzeba było rozmawiać, męczyłam się i dziś, gdy miałam zaplanować obiad i męczyć będę się jutro, gdy H. mnie zapyta, czemu nie wpadłam na to, jakby inaczej ustawić stół z krzesłami. Gen otwartej i uśmiechniętej gospochy ominął mnie szerokim łukiem i z każdym rokiem czuję, że oddala się, że już nie przykleję go sobie do naskórka, że nie i nie.

Tak, poszłam w prywatę, bo co Was obchodzą właściwie uliczki francuskich wioch i zdjęcia roczników `83 z zimnych, tajemniczych winnic. W przewodniku poczytajcie, bo ja jednak nie umiem o nich pisać. Zwłaszcza, że ważniejsze było gapienie się w niebo i przyjmowanie na skórę letniego już słońca, pozwalanie na to, aby prześlizgiwało się między palcami u rąk.

*

Niedziela. Jak sobota. Kolejne łąki i kolejne winnice. Francuska wieś jak najurokliwsze miasteczko. Gdyby ktoś zaproponował mi zwiedzanie kościołów, byłabym się pewnie rozpłakała. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko roweru.

P1090859

*

Poniedziałek. 6.15 pociąg do Lyonu. 7.45 szukanie tramwaju na lotnisko. Znalezienie tramwaju na lotnisko, piętnaście euro. Fuck you. Na lotnisku stres, bo lot opóźniony o 45 minut. Czyli kwadrans na przesiadkę. Halo, czy w Wiedniu będą na mnie czekać? Nie ma potrzeby, mówi pracownica lotniska, zdąży pani.

Potem podczas lotu przemawia pilot. Że jesteśmy spóźnieni i przesiadający się do Sarajewa niech biegną do bramki G coś tam, a do Zagrzebia do bramki J coś tam. Przepraszam, mówię do stewardessy, a Warszawa? Nie wie, ale twierdzi, że będzie dobrze, w piętnaście minut zdążę. Samo opuszczanie samolotu to kolejne siedem. A dalej – niespodzianka. Do bramek A-E na prawo, do bramek E-J na lewo. Tylko że ja muszę najpierw dowiedzieć się, do której mam iść. Biec. Pędzić. Cztery minuty. Daję lota. W połowie biegolotu nie daję rady, bo tego wina przez weekend to mogło być za dużo. Samolot do Warszawy unosi się, a wszyscy pasażerowie machają mi z góry i z drwiącym uśmiechem wskazują na mnie paluszkami.

Tak to przynajmniej wyobrażam sobie, gdy – wściekła – pędzę do informacji. Tam tłum się kłębi, a pracownica krzyczy, kto do Kanady, bez kolejki. Ja tylko do nieistotnej, jak widać, Warszawy. W kolejce dostaję numerek od pana, który uznaje, że wyglądam na tak zdenerwowaną, że mogę iść na jego miejsce, on poczeka. Prawie że nie płaczę ze wzruszenia, a potem z innego powodu, bo next to Warsaw za pięć godzin. Linie lotnicze ofiarowują mi voucher na obiad na dwie dychy w euro. Za to może się człowiek najeść. Obrażona kupuję rybę i dużo sałatek i buteleczkę wina. Potem spędzam czas na takich skórzanych leżankach, ale przynajmniej z doskonałą książką.

W Polsce wita mnie kłótnia na noże z taksówkarzem. Nie mam już siły i rezygnuję z walki o swoje, pozbywając się kolejnej porcji gotówki. I zmordowana wracam, aby za chwilę tęsknić. I pisać listy.

Także taka historia… Ale skoro jestem już podróżnikiem, będę pisać więcej. Normalnie tak. Często, no…

E.

 

5 komentarzy

  • No, musiałaś pojechać aż do Francji, żeby coś skrobnąć… A przecież ty filozofka jesteś!
    I to doktoris coś! To już bez podróży nic, nic…?
    Ale żeś pięknie napisała, to ci wybaczam:))

    Współczun wielki z powodu tych przebojów, wiem co czułaś. Latanie cudowne jest, pod warunkiem, że lecisz. Jak nie lecisz, to szlag cię trafia i tego żadna terapeutka nie może ci zabronić.
    My z samolotu z Peru wysiadaliśmy GODZINĘ… Jak myślisz, jak nam machali pasażerowie naszego samolotu do Budapesztu, bo musieliśmy najpierw lecieć do Budapesztu, a dopiero potem do Warszawy. Tak musiało być, inaczej byłoby dwa razy drożej.
    I zwiedzanie Budapesztu poszło się czesać.
    Tej winnicy i atmosfery to naprawdę zazdroszczę. Dokładnie tak sobie wyobrażam te klimaty, film z Crowem, Dobry rok, Pod słońcem Toskanii itp. tylko to wrażenie potęgują i Francja tylko po to istnieje. Poza tym mogłaby się zakopać. Nawet ich wina mnie nie powalają, ale klimat winnicy, ziół Prowansji i bagietki, co może mieć max. 2 godziny, kuszą.
    No to super, że tak miałaś.:))

    • E.

      Nie, nie, już będę pisać – ale nawet Ty nie dałabyś rady z kolejnym postem pt. och jaka jestem zapracowana. Więc musiałam poczekać aż minie. I minęło.

  • Anna

    Może dziwna jestem, ale lubię się szwendać po lotniskach, nawet po Okęciu, chociaz tam prawie nie ma gdzie. W Amsterdamie fajnie, przynajmniej wszędzie pisze ile pójdziesz do swojej bramki. Albo w Dubaju też fajnie, bo tam pełno lasek ma te całe zasłony, ale za to z Diora albo inne Versace, takie cudne. W Wiedniu akurat mi sie nie trafiło…Pech i tyle.
    Francje lubię, chociaz po ichnieniu to ja nic a nic, no może żetem, żemapel Anna i te wszystkie bonżury i madam i mesje. Za to jak u takiego dziadka w winiarni leją do kontenera coś, co ma tylko nazwę białe, albo czerwone albo różówe i nic więcej, ale smakuje tak urokliwie…może dlatego, że to co napisałaś, i ta lawenda w tle. Tylko ja tam nie mam swojej Elfki ani nikogo… w ogóle za bardzo nie mam nikogo. Bo ja jestem aspołeczna, jakby co. Może mam zespół Aspergera.
    Napisz w sprawie naszyjnika, zielony może być, albo różowy, albo czerwony, albo niebieski albo nie wiem jaki.
    A w ogóle to jakoś tak…

    • E.

      Oj, ale naprawdę mogę? Różowy z niebieskim? Napiszę jutro, tak.
      A po lotnisku też lubię zasadniczo, o ile nie jest to zbyt nagłe i nieproporcjonalnie długie…
      Francja, cóż, no byłam na wymianie kiedyś, sześć tygodni. Wcześniej kilka lat uczyłam się i… czy muszę pisać to bardzo brzydkie słowo? Choć z angielskim jest tak samo. Źle.

  • Margo

    Uściski Ewo, lubię, jak opisujesz 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *