Kolejny krok

_DSC6435

To musiało się chyba stać. W Lublinie dobrze się bawiłam, rozczulałam przyjaźnią, spałam, siedziałam w saunie, czytałam i robiłam zakupy. Nie tylko o to jednak chodziło, nie o odpoczynek, czy o wspomniany czas na życie – pragnienie które słusznie skomentowała Anna, choć ja też tak w tle głowy komentowałam samą siebie.

Tylko że potem nastąpiła Warszawa – dni niecałe trzy – Kraków i Czaple Wielkie, z czego te ostatnie były może najważniejsze, bo podsumowujące, stawiające nad moim prywatnym „i” wielką kropę z zawijasem.

*

W Warszawie poszliśmy na koncert, że tak powiem prywatnie. Ilość wzruszeń towarzyszących nie może być publiczna zbyt, fakt, że słuchałam osoby, która – pominąwszy wszelkie konotacje generujące osobiste podejście do sprawy – jest wspaniała, bo postawiła na swoim. Wbrew światu, oczekiwaniom, szeptom, lękom, panice, że ależ przecież z czego będziesz żyć, że ależ jak tak można, pokazała, że na wiolonczeli da grać się jazz, da się rzucić szkołę, że jazzu słuchają ludzie, że klaszczą, że podoba im się, że przekazują sobie nawzajem energię i tak, właśnie tak będę robić i tak, tak właśnie rób, podziwiam cię, wspieram, cieszę.

*

Nie wytrzeźwiałam jeszcze do końca, a już siedziałam w pociągu do Krakowa, a potem u Kamili. Zaprosiła, bo jedzie znów, tym razem nie na Kamczatkę ani Jukon, no i teraz pieszo, nie na rowerze, od granicy Meksyk-Stany do Stany-Kanada, zachodnimi górami. Pół roku jej to zajmie, więc na ślubie nie będzie, więc zobaczmy się u mnie, więc czemu nie. Kiedy poznałam ją na krakowskich studiach, jeszcze się bała rzucić stałej pracy – po to, aby w końcu przestać się bać. Aby wynająć swoje mieszkanie, rower wrzucić do samolotu i hej.
Teraz powoli pojawiają się sponsorzy. Występy. Domy Kultury, ależ proszę przyjechać i opowiedzieć o Jukonie. Okey, ale bilet wstępu za tyle a tyle. Okey. Viola.

*

Od Kamili do Alicji, do Czapli. Do domu ze wspaniałym facetem, fajnymi dziećmi i labradorem. I patyczakami. I liśćcami. I kokonami motyli, bo przecież motylarnia… Jeszcze kilka lat temu szukanie pracy w panice, dziś zapracowanie, zmordowanie i szczęście. Czy ludzie przyjeżdżają? Ależ walą drzwiami i oknami, nie możemy wszystkich przyjmować, ale dziwisz się? Największy motyl jest ogromny jak dwie męskie dłonie, jest taki, który żyje tylko dwa dni. Obecnie nie żyją albo hibernują, ale chcesz iść do owadów? No pewnie! Oto i one….

WP_20170221_003 WP_20170221_019 WP_20170221_010 WP_20170221_024

I kiedy wróciłam, to poczułam, że nie mogę, że coś się zmieniło. Że satysfakcja z pracy to nie wszystko, że życie to nie praca. Że mam mieć czas na pisanie, nawet jeśli będę miała mniej. I na gadaniu się nie skończyło, siadłam i napisałam ogłoszenie na olx, że zatrudnię, że studentkę, że drobne zlecenia, że wymiar 1/4 etatu.

Teraz kiwam się, widząc, jak wzrasta licznik, jak przez godzinę i dwadzieścia minut ogłoszenie przeczytało ponad dwieście osób, a dwie już wysyłały listy motywacyjne i CV. Skądinąd beznadziejne obydwa. Ale to początek lepszego. Czuję to.

Albo może po prostu odpoczęłam…?

E.

12 komentarzy

  • Ja też się zachwycałam tym graniem i też podziwiam odwagę, ale…
    Zawsze mnie nachodzi lęk, w którym momencie okaże się, że dziecięca radość z grania z przyjaciółmi nie do końca zaspokaja wszystkie potrzeby. Oby ten moment nadszedł jak najpóźniej, ale ja patrzę na to niestety jak mamuśka, która się martwi.
    Znasz innych martwiących się rodziców…?
    No, raczej…
    A twoja decyzja super! Oby tylko zderzenie z poziomem obecnych kandydatów do pracy nie było zbyt bolesne.
    Ty byś chciała od razu znaleźć drugą Spację, albo chociaż 2/3. A to bardzo trudne…
    Ale trzymam kciuki.
    Sorry za defetyzm. A nawet defektyzm, jak mówi przyjaciel.

    • E.

      Właśnie też tak na to patrzyłam – ale wciąż widzę, że lepsze to niż alternatywne formy znajdowania ujścia dla takiej energii. Rzępolenie na etacie w filharmonii wciąż tych samych kawałków i wypalanie się krok po kroku za gównianą stawkę? Dorabianie jazzem tylko po godzinach? Ale właśnie jak ktoś coś robi „po godzinach” to nie będzie dobry. Stańko chyba z czegoś żyje…

  • Anna

    To Ty kobieto nieźle funkcjonujesz, skoro Cię stać na pracowników, ja przez lata działalności do tego nie doszłam, ale może tez nie chciałam aż tak bardzo. A poważnie – pewnie ma to sens. Bo ja sama rzuciłam bezpieczny etat i działam sobie, raz dziko dobrze, a raz tak sobie. Tylko mam zaplecze w postaci rodziny, to bardzo wygodne, jakby co to mnie nakarmią i może nawet odzieją.
    A robale cudowne. Mnie kiedyś patyczaki zeżarły fikusa, a teraz już kombinuję nad kolejnym domkiem dla trzmieli. I te motyle…chcę…

    • E.

      Funkcjonuję – jak na swoje standardy – bardziej niż nieźle. Od kilku miesięcy, od października ściślej rzecz ujmując. Ale rzecz jest bardziej skomplikowana. I dwuaspektowa. Ja nadal nie pojadę w tropiki na marcowy, zimny tydzień, ba, nie kupię sobie nawet nowszego samochodu. Ale – po pierwsze – zrozumiałam, że ważniejszy niż nowy sweter jest dla mnie czas na napisanie swojego artykułu czy przeczytanie miesięcznie jednej choćby książki… Po drugie, to trochę takie błędne koło. Nie mogę np. „zejść” z pojedynczych osób i pójść w kurs, bo mam za dużo pojedynczych osób, aby mieć kiedy zrobić ulotkę o kursie, znaleźć salę itd… Stąd ta studentka to taki trochę jakby gotówkowy kredyt. Poczuję to finansowo, ale w pewnym sensie inwestuję.

      Co do robali, to byłam pewna – zdjęcia trochę dla Ciebie. Pamiętam jak się zachwycałaś jednym chrząszczem, którego larwa chwilę u mnie mieszkała (a była dla Alicji właśnie, swoją drogą). Poza Tobą i Crackerem nikt nie podkreślał absolutnego piękna rzeczonego robactwa…

  • Zdjęciami mnie uwiodłaś, całą resztę… rozumiem, kiwam głową ze zrozumieniem i głaszczę łapki.

  • czesia

    to było tak. Podoba mi się nazwa Czaple Wielkie, oryginalna, metaforyczna a znacząca. Stąd zapewne ludzie oryginalni, drzwi trzymają na oścież , i serca. Ale nie daj sie zwieść patyczakom. Masz swoje olx, tego się trzymaj, czy jakoś tak:)))

  • czesia

    !!!!!! Poszło Ha!

  • Robale w lutym? Robale to w lipcu! 🙂
    Ty jesteś lubelska jak nikt inny kogo znam. :)I nie chodzi nawet o to, że jesteś z Lublina. Lubelską można być z Czapel… Czapli Małych albo z Paryża albo Klewek. Chodzi o sposób w jaki się nie marnuje zycia. Zawsze powinnaś wybierać „być”, bo wybieranie „mieć” będzie Cię czynić nieszczęśliwą. (oczywiście z pełnym zrozumieniem, że bez „mieć” też się nie da i pomijając oczywistość głupoty takiego wyboru jako czegoś bezkompromisowego)
    Bardzo się cieszę, że coś się zmieniło. Wiedziałam! że się zmieni.
    Żołądkowa? Dawno jej nie piłam…

    • E.

      Nie, to akurat wyrób taki bardziej oddalony od banderoli. Ale zacny. Ja też wiedziałam, bo ja nie miałam w planach życia w celu pracowania, ja chciałbym przez kałuże iść godzinę albo dłużej jak klasyk mawiał, czy po współczesnemu – klasyczka. Ale zostańmy przy „klasyku”.
      A CV coraz ciekawsze/

      • Klasyk musi być „klasyk”. Klasyczka nie jest w żaden sposób klasykiem – nawet jeśli jest kobietą.
        Właśnie!
        Są ludzie, którym na zwiedzenie kałuży – godzina to mało. :)))

  • Cracker

    Robale świetne. Kiedy zwiększę swoją pulę finansową i dowiem się, czy stres wywołany obecnością psów i och okazjonalnym szczekaniem nie przyprawi liśćców i straszyków o ból zwojów to sobie założę hodowlę. D. dała mi wstępne błogosławieństwo :3
    A co do wyjazdów, które coś zmieniły. Mam nadzieję, że wcielanie zmian w życie pójdzie pomyślnie, że pójdzie to w dobrym kierunku, który Ciebie usatysfakcjonuje i da szczęście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *