Światowy Dzień Poezji

Wszystkiego najlepszego!

 


 

Jacek Dehnel

Szczęście

                                 dla P. T.

W przyszłym tygodniu masz urodziny
za rok pewnie
już cię nie będzie.

M. Roberts, Lacrymae rerum

Być tą brzydką Angielką – chudą, podstarzałą,
niezbyt dobrą poetką; mieszkać w letnim domu
ze stygnącym mężczyzną (serce czy rak nerek –
przyczyny nieistotne). Wnosić mu po schodach
(wąskich, zawilgłych schodach) tacę ze śniadaniem
i siebie. Pisać: „W przyszłym
tygodniu – bzyk muchy –
– masz urodziny – znowu – za rok pewnie – krzyczy
z bólu – już cię nie będzie”. Iść do niego. Głaskać.
Leżeć z nim w wannie, płacząc. Patrzeć, teatralnie
ale przecież prawdziwie, przez okno na drzewa.
Mieć za sobą te lata, te listy, te flamy,
znać numer kołnierzyka, buta, obwód głowy.
Nie umieć się obejrzeć za innym mężczyzną.
Używać tamtych zwrotów, pieszczotliwych imion.
I udawać, że wcale nie jest gorszy w łóżku,
mając w pamięci tyle miejsc, razów, sposobów:
w hamaku, w soku z jagód, w pociągu pędzącym
z Wenecji do Nicei, na biurku wydawcy,
w bocznej salce muzeum. Przyjmować wizyty
przyjaciół i lekarzy. Kręcić kogel-mogel.
Nie móc udawać dalej i dalej udawać.

Lecz nade wszystko wiedzieć, że wszystko, co było
nie mogło, nie powinno być inaczej, z innym,
gdzie indziej, kiedy indziej – to właśnie jest szczęście.

Widziałeś całość. Teraz odchodzisz, powoli
skubiąc liście z gałęzi. Ktoś zasłania lustro,
ktoś dzwoni, ktoś rozmawia. Taca. Wanna. Łóżko.


Ewa Lipska

Widzę je wszędzie
1
Mogę urodzić dziecko. Ale
co mu pokażę oprócz
– autostrady
pędzącej z nadmierną szybkością
– wodospadu
zatrzymanego w skoku
– fotoplastikonu
obojętnego na wszystko.
Jak wytłumaczę mu
– że tylko popołudnia bywają
szczęśliwe
– że milczenie
jest najbardziej trafną odpowiedzią
– że zimy historii
zamrażają żywcem bohaterów.
Jak wytłumaczę mu
że my
dwudziestoczteroletni
wypuszczeni za kaucją ze żłobków
nie wypisani jeszcze z przedszkoli
należymy już do domu
starców.
Tracimy równowagę
na pustej przestrzeni.
Mojego dziecka nie ma. Ale
słyszę jego śmiech i widzę je wszędzie.
Widzę jak zjeżdża po poręczy schodów
które już dawno z siebie zeszły.
2
Moje dziecko fruwa po niebiosach.
Moje dziecko przychodzi mi na myśl.
Moje dziecko jest prześladowane.
Wciąż jest wzywane na świat.
Moje dziecko fruwa po niebiosach
o kulach. Nie ma nóżek. Nie nadeszły jeszcze.
Przechodzą dopiero przez miasteczko
Roanne w Burgundii.
Moje dziecko przychodzi mi na myśl.
Staje przede mną jak najwyższy szczyt w Alpach
którego nie zdobędę. Wyciąga rączki ze śniegu.
Patrzy zamarzniętą rogówką oka.
Moje dziecko jest prześladowane.
Wciąż wzywane na świat przez listy gończe.
Przez psy gończe. Przez urząd statystyczny.
Przez rękawiczki kupione z przeceny.
Na moje dziecko czekają już na ziemi
lata mojego dziecka.
A niebiosa uginają się
od nadmiaru poprzeczek.

Bolesław Leśmian

Szewczyk

W mgłach daleczeje sierp księżyca,

Zatkwiony ostrzem w czub komina,
Latarnia się na palcach wspina
W mrok, gdzie już kończy się ulica.
Obłędny szewczyk — kuternoga
Szyje, wpatrzony w zmór odmęty,
Buty na miarę stopy Boga,
Co mu na imię — Nieobjęty!

Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!

Boże obłoków, Boże rosy,
Naści z mej dłoni dar obfity,
Abyś nie chadzał w niebie bosy
I stóp nie ranił o błękity!
Niech duchy, paląc gwiazd pochodnie,
Powiedzą kiedyś w chmur powodzi,
Że tam, gdzie na świat szewc przychodzi,
Bóg przyobuty bywa godnie!

Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!

Dałeś mi, Boże, kęs istnienia,
Co mi na całą starczy drogę, —
Przebacz, że wpośród nędzy cienia
Nic ci, prócz butów, dać nie mogę.
W szyciu nic niema, oprócz szycia,
Więc szyjmy, póki starczy siły!
W życiu nic niema, oprócz życia,
Więc żyjmy aż po kres mogiły!

Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!


Czesław Miłosz

Moja wierna mowo

Moja wierna mowo,
służyłem tobie.
Co noc stawiałem przed tobą miseczki z kolorami,
żebyś miała i brzozę i konika polnego i gila
zachowanych w mojej pamięci.

Trwało to dużo lat.
Byłaś moją ojczyzną bo zabrakło innej.
Myślałem że będziesz także pośredniczką
pomiędzy mną i dobrymi ludźmi,
choćby ich było dwudziestu, dziesięciu,
albo nie urodzili się jeszcze.

Teraz przyznaję się do zwątpienia.
Są chwile kiedy wydaje się, że zmarnowałem życie.
Bo ty jesteś mową upodlonych,
mową nierozumnych i nienawidzących
siebie bardziej może od innych narodów,
mową konfidentów,
mową pomieszanych,
chorych na własną niewinność.

Ale bez ciebie kim jestem.
Tylko szkolarzem gdzieś w odległym kraju,
a success, bez lęku i poniżeń.
No tak, kim jestem bez ciebie.
Filozofem takim jak każdy.

Rozumiem, to ma być moje wychowanie:
gloria indywidualności odjęta,
Grzesznikowi z moralitetu
czerwony dywan podścieła Wielki Chwał,
a w tym samym czasie latarnia magiczna
rzuca na płótno obrazy ludzkiej i boskiej udręki.

Moja wierna mowo,
może to jednak ja muszę ciebie ratować.
Więc będę dalej stawiać przed tobą miseczki z kolorami
jasnymi i czystymi jeżeli to możliwe,
bo w nieszczęściu potrzebny jakiś ład czy piękno.


Martin Niemöller

Kiedy przyszli

Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było

Pandemicznie po raz pierwszy

aha

W najlepszym skeczu, najbardziej patetycznym wierszu, nie przyszłoby mi do głowy, że potrzebę powrotu do Spacji wygenerują nietoperze i wirusy. Życie jest kiepskim kawałem, bo myślałam, odkąd pamiętam, że będzie to raczej wojna, rozruchy polityczne, starcia z policją, czy coś w rodzaju Majdanu.

Myślę, że jestem kimś w rodzaju racjonalnej katastrofistki. Po jednej stronie mam matematykę i trzymanie się wiedzy o procentowej zachorowalności i procentowej umieralności, po drugiej – swój chory łeb, który jednak też jest jakoś tam racjonalny, ale po swojemu. Bo tak. Ludzkość w moim rozumieniu ludzkości wróciła do normy. Do strachu przed jutrem, do czarnych scenariuszy wygenerowanych przez fakty, przez dżumy, grypy hiszpanki, bolszewików, sraczki i przemarsze wojsk. Jesteśmy w domu, my dear homo sapiens. We are at home, my Europe. Do końca liczyłam jednak, egoistycznie, jak to bezdzietna z wyboru w XXI wieku, że może jednak mnie to ominie, te wszystkie przełomy? A jeśli nie ominą (patrz: Syria, patrz Majdan, patrz uchodźcy), to będą na tyle daleko, aby martwić się nimi ostrożnie…? A tu dupa.

Kilka luźnych uwag. Po pierwsze, z moją wiedzą historyczną i koncepcją człowieka daleką od uważania go za raczej za dobrego niż złego, zauważam bez zdziwienia, że jeszcze dwa tygodnie temu na apele ośrodków dla bezdomnych o środki czystości i wsparcie, zadowoleni z siebie filantropi pędziliby za złamanie karku i robili sobie selfie z proszkiem do prania na tle. Ja też, żeby nie było. Dziś – cisza. Dziś nie ma solidarności, w obliczu własnego strachu, własnych czarnych myśli, własnej dżumy. Fuck you, solidarity. Ważne, aby nie zachorował nikt z MOJEJ rodziny. Witamy cię na nowo, człowieku.

Po drugie, jestem głęboko zawiedziona sobą, swoją wyobraźnią idiotyczną, nieokiełznaną. Moje myśli skaczą bez kontroli umysłu jakby, między Camusową „Dżumą”, „Miastem ślepców” i „Ale z naszymi umarłymi” Dehnela. Nawet ta ostatnia pozycja, daleka od klasyki komedia, obciąża mi mózg, bo myślę o tych momentach, od których zaczynały się tego typu książki. Czyli od niby nic nie znaczącej wiadomości, która potem wraca jak mantra (że w Oranie znaleziono martwego szczura, bo tak się przynajmniej u Camusa zaczyna). Myślę o imprezie z Gn., sprzed trzech tygodni, jak powiedziała, gdy zamawiała wódkę i rozsiadaliśmy się w klubie, „a wiecie, że we Włoszech są jacyś ludzie zarażeni kornawirusem?”. A ktoś na to, obojętnie, nalewając: ale to Chińczycy? Dialog jak dialog, ważne, że on był, do ciężkiego, katolickiego diabła, TRZY TYGODNIE temu. Czyli jak będzie wyglądał mój kraj już za chwilę? Potem kadr w głowie zmienia się i wyobrażam sobie, jak nagrywam filmik video i się żegnam ze wszystkimi, ale nikogo już nie ma, the end. Nawet „Show must go on” nie mogę puścić, bo już nie działa net, a i show nie ma zamiaru go on. Potem zastanawiam się, kogo bym wybrała, do kogo jechać, jak wyjaśnić A., że muszę być w Lublinie, bo ktoś tam złapał wirusa, a ja nie chcę bez tego kogoś żyć na przykład. I takie tam. Potem piję wino, patrzę w lustro i pytam, kto cię idiotko tak wychował, przecież rodzice w miarę normalni…?

Po trzecie, dla mnie samej ciekawe bardzo i jakoś jednak optymistyczne w całym katastrofizmie, to to, że ja na co dzień żyję planem na ten tydzień, następny i jeszcze następny, i jak mam coś zmienić, to ja się denerwuję, ja nie chcę. Jestem tak głupia, że nawet jak zaplanuję weekend w Lublinie i się przeziębię dajmy na to, to choć nic konkretnego w Lublinie nie mam, to nie podoba mi się, że muszę coś zmieniać, jestem wtedy zdenerwowana, rozczarowana i wściekła. Teraz wiem, że nie pojadę na festiwal do Londynu, który był dla mnie jak grom serduszek, jak radość w formie skondensowanej. Wiersze już przetłumaczone na angielski, wszystko działa. A tu bach. Tylko że zamiast zawodu pojawia się nowa jakość, coś w stylu autentycznego „No i trudno”. Uczę się, jak to jest: poleżeć. Poczytać. Pożyć. Tylko jak, skoro ma się głupi łeb. Jak…?

A po czwarte nic mądrzejszego ponad to, co piszą lepsi ode mnie. Że nie wiem, gdzie trzeba mieć wrażliwość, empatię, podstawowe komórki mózgowe i wyobraźnię choćby pierwotniaka, aby łazić na kolanach, całować stópki Jezuska, babrać paluchy w kropielnicy i czekać aż Matka Boska jak zawsze obroni polski naród nasz, hej. Nie to co Włosi, Włochom Matka Boska się nie należy, bo oni nie mieli AK tylko Mussoliniego, no i Santo Subito niby był u nich, ale przecież jednak nasz. I nie wiem: czy naprawdę tych średniowiecznych trędowatych nie da się pociągnąć do odpowiedzialności za umyślne zarażanie…?