To ja głupieję, nie świat

Obiecywałam sobie dużo po prostowaniu przegrody nosa, obiecywałam sobie tydzień wolnego, tydzień wakacji w lesie, taki powiedzmy sobie spacer, świeże powietrze, a potem powrót do książki i ciepła domowego ogniska, hej. Zasadniczo koń by się uśmiał z planu, las może blisko, ale więcej nim joggingu niż powietrza, o zieleni nie wspomną, skoro grudzień. No i głupio bym się czuła z zaklajstrowaną gębą, na gipsie zamieszkało jeszcze obowiązkowe stado plastrów, każdy prześciga się z drugim, by być dłuższy. Na jedynym spacerze, na jaki się wybrałam, minęło mnie akurat przedszkole. Dzieci w ładnych parach, dwójka po dwójce rozdziawiały paszcze i patrzyły mi w twarz z rozbrajającą fascynacją pomieszaną z lekkim lękiem. Pomachałam im.

Obiecywałam sobie, jak ja mogłam sobie obiecywać cokolwiek…? Nigdy nie dotrzymuję tego, o czym zapewniłam samą siebie. Trzeba było powiedzieć to na głos, wezwać Mefisto i podpisać cyrograf.

Więc nie chodziłam do lasu, zbyt wkurwiona na to, że w obie dziurki ktoś wetknął mi po butelce od wina, ale od strony denka. Oddycham ustami, nic mnie niby nie boli, ale gardło mam takie, jakby przebiegło się po nim stado dzikich zwierząt w skarpetkach, po których wcześniej dreptały po sawannie w porze suchej. I od siedemnastej w górę tracę cierpliwość, boli mnie głowa i chce mi się płakać.

A najgorsze jest to, że odkryłam, że to nie świat głupieje. Tak łatwo zawsze zwalać na świat, bierzesz i zwalasz. A tu nagle szok – ja jestem tym kawałkiem społeczeństwa, o którym wołają, gdy wołają coś o wtórnym analfabetyzmie. Od jedenastu dni, zamiast wpłacić datki na cele charytatywne, napisać ciąg dalszy ksiąg jakubowych lub co najmniej przeczytać dwie strony czegoś, co nie jest stulatkiem, który wyskoczył przez okno i zniknął, to ja:
– scrolluję treści, które mnie nie obchodzą,
– czytam nagłówki, a następnie starannie nie zaglądam do całości artykułu,
– włączam sobie film lub nagrywające się dzień w dzień Jeden z Dziesięciu (tak, Sznuk to jeden z niewielu alternatywnych kandydatów na męża), ale następnie słucham jednym uchem, bo postanowiłam właśnie sprawdzić, czy moi uczniowie mają konta na facebooku,
– myślę, co by zrobić na obiad i zamawiam gotowca.

Potem myję swoje ciało po kawałku, bo gips omójboże nie może być zmoczony. Potem nie mogę spać i tkwię w półśnie, w urywanym jakimś absurdzie. Jedenastą, zasraną noc. Każda komórka mojego ciała wyjdzie z tego eksperymentu oczadzona głupotą.