Tak to przegrałam turniej z twarzą

Wychodzi tomik. Przepraszam, w kręgach nie można „tomik”. Podobno infantylnie. Wychodzi książka poetycka. Pierwsza dwudziestka z internetu to kwestia dni, oczywiście znajomi kupują, bo ja intensywnie… chwalę się. Nie wiem, chyba bardziej czasownik ekscytuję jest na miejscu, choć zapożyczony, ale jeśli ktoś to nazwie chwaleniem, nie będę płakać.

Jest kilka spotkań, kilka takich, które będą się śnić jeszcze dekadami. Kilka zwyczajniejszych, tak sobie to nazwijmy. Wydawałoby się: przedsionki Edenu.

W tle toczy się życie. Gotowe na to, aby wylać na nie wiadro pomyj, narzekać do tego stopnia, że urosną wrzody i afty wokół jamy ustnej. Ja tak narzekam, niestety. Usiłuję oduczyć się, modlę się o uzdrowienie, ale nie mogę. Przegrywam. Nie mogę ustawić optyki life balance, satysfakcjonująca i dobrze płatna praca, czas na hobby. Nie mogę ustawić jej od kilku lat. Próbuję. Serce mówi mi co innego, rozum co innego, płuca co innego, mąż co innego. Bo ja bym mogła mieć albo tę dobrze płatną albo tę mającą sens etyczny i metafizyczny. A tymczasem mam obydwie i coraz bardziej wątpię w realizację tych pięknych, tęczowych planów, którymi żyłam od lat.

Tak chciałam skończyć „Wojnę literacką”…
Tak chciałam napisać większy kawałek prozy…
Tak chciałam pojeździć wreszcie na rolkach z ochraniaczami, które leżą w szafie nigdy nieodpakowane.

Rzucić szkołę. Tak, to by było najlepsze. Tylko czy ktoś może zrobić to za mnie? W sensie: za mnie pójść to powiedzieć. Wszystkich zainteresowanym.

E.