To nie jest kraj dla niegłaszczących ludzi

To mały coming out będzie. Zawsze okazuje się, że ktoś jest gejem albo #meetoo, ma związek z grupą wyizolowaną społecznie, stygmatyzowaną. Leczył się na alkoholizm lub dokonał aborcji.

Ja też kimś jestem.

Mały coming out będzie dla sportu. Pewnie ważny wpis dla mnie, choć czytają to ze dwie osoby, ale w sumie na liczbie mi nigdy nie zależało. A może inaczej: właśnie dlatego robię to tu, na FB jeszcze nie jestem gotowa i nie będę, bo po co mam być?

*

Dawno, dawno temu działo się wiele złych rzeczy. Byłam lubiana i każdy zapraszał mnie na urodziny.
Brzmi dobrze? Niesłusznie. Bo nie znosiła mnie jedna osoba.
Ja sama.

Odsuwałam to na bok konsekwentnie, bo chyba nie zdawałam sobie sprawy nawet z tego, że tak jest. Czasem tylko musiałam siebie samą przekonywać, patrz, zadzwoniła K. i G., a W. napisała, że beze mnie nie wyobraża sobie wyjazdu, a ciocia I. powiedziała, że jestem wyjątkowa, R. powiedział, że musi poznać moje zdanie, bo się z nim liczy, a J. tak fajnie i ciepło wyściskał po powrocie z wakacji. Takie wyliczanki zdarzały się każdego dnia prawie. Miałam ochotę je zapisywać, przywoływałam je, rozpamiętywałam, pieściłam się nimi. Każdego dnia musiałam siebie przekonywać, że jestem coś warta, bo ten, tamten i tamta, bo urodziny, smsy, listy i liczenie się z moim zdaniem. Bo inni.

Nie kłóciłam się z koleżankami, nie kłóciłam się z rodzicami, nie kłóciłam się z nauczycielami, w ogóle się nie kłóciłam. Czasem powiedziałam, co myślę. I gdy okazywało się to nie spotkało się z aplauzem, że niepopularne, że odebrane przez innych do siebie, że przykre, źle zrozumiane, to ja chorowałam. Fizycznie.
Nie ma tu hiperboli ani przenośni, ani nawet symboliki. Po prostu fizycznie.

*

A jednak nie da się zawsze przytakiwać. Od czasu do czasu ciało i emocje skumulowane nad żołądkiem kazały mi iść pod prąd. Wszyscy mieli koty, mnie ręce wyrywały się do psa. Czułam się jak homoseksualny Murzyn w Tennessee. Co robiłam? Owszem, szłam tam, gdzie mnie wołał instynkt.
Ale w ukryciu.
Niewierząca, pokłócona z wiarą oddzielnie i oddzielnie z instytucją, potulnie stałam w kościele na bożonarodzeniowej mszy, bo E., no chodź z nami. Pytana przez ciocię, babcię i wujka, czy lepiej mieć córeczkę czy chłopca, nie mówiłam, że nie planuję dzieci. Opowiadałam rodzicom z własnej woli o tym, co u mnie, ale tylko o tych wydarzeniach, co do których byłam pewna, że im się spodobają.

Kompromis to słowo z pozytywną konotacją, panie, ale co robić, skoro czułam się tak, jakbym czuła się dziś, obwieszczając światu, że obozy koncentracyjne były wyłącznie niemieckie, ale nie możemy wykluczyć, że trochę także polskie.
Czułam się jak gówno, innymi słowy. Wiecznie. Od poniedziałku do piątku i w weekendy. A już najgorzej przy tych, na których mi zależało. I to nie coraz mniej. Uczucie niewygodne jak przyciasne spodnie nie zniknęło z pryszczami. Przeciwnie, zaczęło nasilać się wraz z utratą kolagenu, podobno następuje to powyżej oczka, czytaj: lat 21.

*

To nie był tragizm Antygony, wojna, głód czy pożoga. Dało się żyć i jakoś żyłam, dopóki nie musiałam podjąć najważniejszych decyzji życia komuś wbrew. I nastąpił kryzys, którego szczegółów oszczędzę i o którym w ogóle nie wiedziałam, że ma cokolwiek wspólnego z moim wiecznym, ale proszę, nie gniewaj się na mnie, przyznam ci rację, ale nie może być niemiło, tylko nie niemiło! W każdym razie skończyło się wenlafaksyną i na wszelki wypadek jeszcze hydroksyzyną.

*

Nigdy nie wierzyłam w ideę terapii, była dla mnie śmieszna jak trąba słonia, naciągana jak opowieści Macierewicza i przereklamowana jak życie bez cukru. Ale czepiłabym się wtedy wszystkiego. I nie, nie przeszłam na ciemną stronę mocy, nie sądzę, że „każdy powinien kiedyś iść”, nie sadzę, aby miała wpływ na tę nieuchwytną, metafizyczną część człowieka, w ogóle nie sądzę. Po prostu po jednej beznadziejnej próbie i drugiej równie beznadziejnej trafiłam na trzecią.

Nie, nie olśniło mnie, że matka nie dawała mi piersi, a ojciec nigdy nie pytał, jak się czuję, a dziadek nie dał wtedy cukierka i przez to jestem taka i śmaka. W ogóle niczego się o sobie nie dowiedziałam nowego. Ale zostałam nauczona pewnych mechanizmów, właściwie to zostałam niejako wytresowana jak pies do aportu i podawania łapy. Miałam tylko wychwytywać każdy moment skurczu w żołądku i naprawiać go natychmiast. Każdy skurcz wywołany nieszczerością, brakiem odwagi, tego i owego, że ja to sądzę inaczej, a w ogóle to nie rozbawił mnie ten żart, sądzisz więc, że jestem drażliwa na swoim punkcie? Może i tak, ale skoro jestem, to po co żartować?

*

Wydawałoby się, że wszystko się sypnie. Nie sypnęło. Jest lepiej.

Tak, bywało niemiło, raz to „niemiło” tylko oczyszczało atmosferę, bardzo rzadko zatruło. Ostatnio zatruło. I znów byłam spanikowana, że coś spieprzyłam, że dałam dupy, że przesadziłam i… nie.

Nie. Jak Paolo Coelho albo elektroniczny kreator złotych myśli, po pewnej burzliwej dyskusji, dochodzę do wniosku, że, uwaga: Lepiej być w niezgodzie ze znajomym niż z samym sobą.

*

The end.

Happy end.