Jak wpadłam w czarną dziurę i jakie są szanse wydostania

To było we wrześniu, może nawet pod koniec sierpnia. Zachwycona nowym grafikiem z co drugą niedzielą zupełnie wolną, a z co drugą pracującą (ale zupełnie, i to zupełnie do 12.00), a także lekko zestresowana nową współpracą z kimś, kto chce mi płacić i jeszcze za pisanie, bylebym była dostępna jakieś kilka godzin co drugi dzień, odebrałam telefon.

Moja Dyrektorka. Lubię ją. Ale to, co usłyszałam zachwyciło mnie w sposób niekonieczny. Jeszcze odpoczywałam po najlepszej imprezie świata tego, jeszcze nie zrozumiałam, że lato naprawdę minęło, a ja wzięłam może ślub, ale nie z porą roku, a tu taka prośba: E., bo jesteśmy w dupie, odeszła M., kilka polonistek było na rozmowie, ale są fatalne.

Rzut oka na grafik: to niemożliwe. Aha, aha, to do widzenia, ufff. Drugi telefon nastąpił po dobie. Że może przemyśProjekt bez tytułulę, że zbiją mi w trzy dni wszystko, że… Ale ja wtedy od rana do późnego wieczora będę, bez przerw na obiad, jąkałam się, powoli myśląc, że powinnam pomóc, że… ale powiedziałam, że nie. Nie. Komunikat z trzeciego telefonu brzmiał: dopóki kogoś nie znajdziemy, dobrze? Ustawimy wszystko, jak chcesz. Powiedziałam: ok.

*

Potem była czarna dziura. Szkoła, korki, pisanie, przygotowywanie się na lekcje, to przesrane przygotowywanie się, i odkrycie: ej, to polskiego już tak nie lubią jak historii? Nie ma, niech nam pani jeszcze coś fajnego opowie, a jest, czy naprawdę musimy to pisać? No jak to, jak to? Jeszcze ta odmiana przez przypadki, te osiem lekcji bez okienka pod rząd, potem gnanie i ogarnianie i zastanawianie się, jakim cudem i że przecież w tym roku miało być inaczej…?

*

Jednocześnie działa się magia. Zapraszamy do Wrocławia na wieczorek, pełny zwrot kosztów, dużo wina za free (wpis poprzedni). Tarnów, dzień dobry, bo pani ma nagrodę, pociąg, powrót do Warszawy szósta rano, bo muszę zdążyć na lekcję, popiszę w pociągu, Józef Baran nie zrozumiał pani wiersza, mówi dziennikarz Trójki, powinien być wyżej, śmiech, wino znowu, bankiet, nie pamiętam nawet, jak wyglądał hotel, zwlokłam się, wróciłam. Musisz jechać na festiwal, mówi były szef, zawsze byłaś w Olsztynie, jak to tak po prostu nie być? Więc po pracy auto, pęd, super kochany Z.Z. (nie wszyscy celebryci są jak dżuma), powrót rankiem, znowu.

Przepraszam, że zostawiam ci swoje obowiązki kochana, ale muszę jechać, bo uczelnia…

Dzień dobry, tu Gdańsk, ma pani nagrodę, czy to jakieś jaja? Pytam, ale nie, nie jaja, w strugach deszczu i satysfakcji jadę na północ, po kilkunastu godzinach, gdy wychodzę z walizką o czwartej rano, nowo poznani koledzy jeszcze piją, gdzie ty do diabła idziesz? Oczy w słup. Na pociąg. A na pociąg do Brzegu tydzień później, powrót już o dziewiątej, bez dramatu, ale za to wtedy była ta rada pedagogiczna.

*

Siedzę sobie na radzie i radzą, potem myślę, że coś nie tak i próbuję to powiedzieć Agnieszce, ale chwilę potem world is over, film urwany, nogi do góry, a jeszcze potem tak człowiekowi głupio, że przeprasza wszystkich i wszystko. Pomyślałam: przesada. I niedługo potem sama znalazłam sobie zastępstwo.

*

Gdy pozbyłam się polskiego, dziesięciu godzin, byłam najszczęśliwsza na świecie. Bilet na grudniowe Kanary kupiliśmy już wcześniej. Potem poszłam do fryzjera, do kosmetyczki, po sukienkę Desiguala z długim rękawem, nowe dżinsy i dwa sweterki. Za ich pomocą powoli wychodzę z czarnej dziury i wyjdę przecież. Palce mam już nad głową, tylko stopy grzęzną, ale jest ok. Wczoraj, najszczęśliwsza na świecie poszłam z S. na piwo i shihę, wniebowzięta smakowałam każdego kroku, który nie prowadził mnie w kierunku szkoły, uczelni lub własnego domu, w którym przecież też pracuję.

Ogłaszam koniec walki.

Dzień dobry, tu Toruń. Tak, z przyjemnością przyjadę 8 grudnia.

THE END