Jak nie opowiem, to pęknę

SkWP_20170817_008ończyły mi się części mowy. Nie jestem chyba w stanie objąć wszystkiego sercem, rozumem i językiem… A na dodatek mi wstyd, że zawsze śmiałam się z tych określeń, że to był najpiękniejszy dzień naszego życia i takie tam. Ale na serio – był. Przynajmniej mojego. Wszystko, wszystko było na dodatek tak szalone, że… Ok. Po kolei.

Najpierw Pendolino. Ecie pecie, gdzie jedziecie? Ele mele, na wesele. Wszystko wzięliśmy, o dziwo. Po drodze siedziała nieopodal dwójka bachorów. Nie, nie dzieci. Bachorów. Przyjechałam z rozdzierającą skórę czaszką, oszołomiona, z bagażem w każdej ręce. Jeszcze we wtorek było święto i z rzeczy pozostałych do załatwienia nie załatwiłam nic. Na szczęście było słońce i morze, masaż stóp polem magnetycznym znanym bardziej jako „piasek z plaży”, spacer, długi spacer. I środa.

Ogarnęła mnie niemoc. Popatrzyłam na swoje paznokcie. Zadzwoniłam pod pierwszy lepszy numer wskazany przez Google, żeby ktoś coś z nimi zrobił.
– Nie ma szans.
– Ale ja mam jutro ślub.
– I teraz się pani obudziła? – ochrzan po drugiej stronie słuchawki – Dobra, wciśniemy.
Wcisnęli. Lało. Poszłam, zażądałam różu, do butów. Zmieniliśmy mieszkanie teściowej (!) na hotel, w środku szampan i kwiaty. Potem H. namówił mnie na saunę i basen, a sam zniknął kupować soki, nie soki, owoce, załatwiać, ogarniać, robić… Wydudliłam dwa kieliszki i poszłam, a co. Razem z potem spływał stres i alkohol z całego roku. Gdy wyszłam, prawie wszystko było załatwione. Mogłam się tylko smsem nie dowiadywać, że Kub. ma taki pociąg, że przyjedzie na godzinę przed ślubem. Tak, to trochę mnie poddenerwowało, ale na chwilę tylko. Na wszelki wypadek napisałam do Taty, błagam, weź aparat, bo Kub. będzie w ostatniej chwili. Taka historia.

Nałogi i nałogowi mężczyźni w Kołobrzegu, J. w Kołobrzegu, moi rodzice w Kołobrzegu, rodzina z Poznańskiej w Kołobrzegu, Rodzona w Kołobrzegu. Każdy gdzie indziej, ale spotykało się kogoś co chwilę, bo Tato, dowieź nasze wino do knajpy, Rodzona, weź mi przywieź to i to, kup pomadkę, użycz bagażnika. Pierwszy raz używałam trybu rozkazującego, a wszyscy po prostu robili. Nie do uwierzenia.

WP_20170817_010

Czwartek nastąpił jak grom z jasnego nieba. Bawiłam się telefonem i poszłam do fryzjera. Czas przyspieszył. Wskazówki zapierdzielały. Założyłam kiecę. Szpile. Wyszliśmy, za łapki, na piechotę. Zatrzymuje mnie nieznajoma, gdzie pani kupiła sukienkę? Po chwili druga: „Jaka ładna sukienka!”. Najpierw pytam H., czy to mi się śni, potem schodzę na ziemię i zadaję pytanie bardziej prozaiczne.
– Wzięliśmy obrączki?
– K****a!!!
W tył zwrot, sprint pod hotel, ja zostaję sama, idę wolnym krokiem. Czegoś mi jeszcze brakuje, dzwonię do Rodzonej, robi wywiad. Buty na zmianę? Mam. Dowód? Jest. Obrączki? Biegną. Czyli wszystko wydaje się być… Nie, nie było. Nie, nie zdążyłam wrócić po moje kwiaty, o których przypomniałam sobie już zbyt późno. Żałuję, bo były ładne, długo wybieraliśmy. Trudno. I przed urzędem jakoś pusto. To był najgorszy moment, gdybym wiedziała, że są dwa wejścia, nie dostałabym zawału, a tak dostałam siedmiu. Na szczęście nastąpiło nagłe zderzenie z Kub. Szybkie wspólne selfie w lustrze USC i wciela mi się tu on nagle w rolę fotografa na serio. Gra muzyka, ja i H. coś podpisujemy, świadek jest, ale Rodzona się gubi i po chwili odnajduje dopiero, też coś podpisuje i nagle już się dzieje. Działo.

Czy byłam wzruszona? Jak diabli. Byłam szczęśliwa, kochająca Kołobrzeg, urząd, prezydenta udzielającego ślubu. Wszystkich gości. I świat. I to, że do knajpy idziemy na piechotę. I słońce za to, że świeci. I to, że kolebie się pod sufitem kilka balonów z helem. I menedżerkę knajpy i DJ-kę. I pyszny obiad. A po obiedzie mini koncert… Koncert był piękny, mogę już teraz powiedzieć: jak zawsze. A po mini koncercie, kiedy J. wziął mikrofon, to ja już się śmiałam, zanim wiedziałam, o co chodzi. Mój śmiech zmienił się w rechot, gdy oświadczył, że napisał coś „dla swojej przyjaciółki i swojego profesora, który postawił mu tróję”, a rechot w kwik, gdy czytał to, co czytał. Jedyne, czego można żałować, to wysokie wyrafinowanie tekstu, czy raczej, wyspecjalizowanie, na skutek czego w kwiku swoim byłam nieco odosobniona, ale tylko nieco.

IMG-20170822-WA0001

No a potem było potem. Najlepsze podsumowanie imprezy: każdy robił, co chciał. Ciepła noc, więc były spacery nad morze, wychodzenie, wchodzenie, tańczenie, palenie, picie, gadanie… Byłam w cyklonie miłości, w centrum miłości. Od panieńskiego do… nie, nie do czwartku. Bo choć ślub był w czwartek i w czwartek natańczyłam się, nałaziłam, najadłam i napiłam za kilka ostatnich lat, to przecież koniec jeszcze majaczył w niejakim oddaleniu…

W piątek moja głowa wyraźnie dała znać: nie pilnowałaś się koleżanko, a na własnym ślubie miałaś tylko symbolicznie… Jak można tylko symbolicznie na własnym ślubie? Odpowiadam, obrażam się, przekręcam na drugi bok. A potem się uśmiecham, szczerzę, wtulam, witam, ała, głowa, ale witam ciebie mój ty, mój ty. Godzina mniej więcej dziesiąta. Śniadanie, kac, doba hotelowa zbliża się ku końcowi, tik-tak. Orientuję się, że nie mam swojego ślicznego bikini, nowiutkiego, morskiego w seledynowe małe groszki. W recepcji nie wiedzą, na basenie nie wiedzą. To tylko rzecz, pocieszam się i wychodzimy jeszcze na spacer, na obiad… Z pół godziny przed pociągiem dzwonią w hotelu. Kostium przyjechał z pralni. Słucham?? Musiała go pani ze zużytym ręcznikiem wrócić, więc go wyprali. Odbieram bikini opakowane elegancko w folię, kłaniam się, dziękuję, pociąg, tuf tuuuuf.

W Warszawie byliśmy o 23.00. Jako że nie umiem spać na siedzącą, kiwałam się w ogłupieniu, oczadzeniu, szłam na czworakach prawie, ale doszłam, doszliśmy. Kiedy w sobotę zadzwonił budzik, odmówiłam posłuszeństwa. I do Lublina, na – nazwijmy to – poprawiny pojechaliśmy dopiero po południu. Akurat zmroził już Dziadek wódkę, schłodził wino, pokroił wędlinę i cały szczęśliwy. Babcia mniej, bo zapomniała, po co przyjechaliśmy. Podkładam jej obrączkę pod nos, obejmuję, ściskam, wyściskuję, krzyczę do ucha, zaświeciło. Nawet przypomniała sobie, że dała Mamie prezent do przekazania, przekazany? Si.

Jest też Cioteczna i malutka, śliczna Zosia. Siadamy do stołu, aby nie wstawać od niego przez następną dobę. W szyby zacina deszcz, a ja w swoim domu rodzinnym, może bez Rodziców, bo zostali nad morzem, ale za to z Cioteczną, no i doczłapuje się z Kołobrzegu Rodzona z samochodem wyładowanym moimi prezentami. Odpakowujemy, Jedynka i Dwójka zachłannie pomagają, szarpią papier. Na koniec spotyka mnie ze strony Dwójki niespodziewany cios, sztylet w serce:
– Myślałam, że będziesz w sukience, Ciociu. Ja w ogóle… – cisza – w ogóle tak chciałam być! – oskarżycielski wzrok, moje wyrzuty sumienia jak stąd do Zachodniopomorskiego. Uciszam je tuleniem, pokazywaniem prezentów i rozdawaniem czekoladek. A na końcu znowu Lublin-Warszawa i moje błagam, błagam. Chcę zapamiętać to do końca życia, da się? Da?

E.

Niedziela. Ja.

– Dziadku, pożycz mi aparat.
– Nie masz aparatu?
– Mam taki stary taty, z którego nikt nie umie korzystać poza nim i taki super od koleżanki [z którą się nawet, gwoli publicznego pokajania, jeszcze nie rozliczyłam], ale nie chcę brać za dużo bagażu.
– To masz.
Chwila ciszy.
– Wiesz co, weź go sobie. Ja robię zdjęcia komórką.
– Spoko.
Aparat do kieszeni. Taki małpowy, mini, dla ludzi bez rozumu, taki na wszelki wypadek i jak się nie mieści prawdziwy. Chowam i zapominam. Wracam. Przygotowuję się, pracuję, żyję. Potem pakuję. Aha, aparat. Biorę, włączam. Bateria chodzi. Pamięć pełna. Nieskasowane zdjęcia. Oglądam. Walizka rozwalona jak ryj smoka wawelskiego. Siedzę i oglądam. Siebie. Siebie. Siebie. Rodzoną. Siebie i Rodzoną. Cioteczną. Siebie. Rodziną. Cioteczną. Siebie, Rodzoną i Cioteczną.

Siedzę. Siedzę. Siedzę…

E.