Położyłam się

Dziś wielki dzień. Pierwsze w moim życiu el cztery. Pokazałam go najpierw sobie samej, bo jakby_dsc6433 na to nie patrzeć, ja jestem główną szefową. Potem wysłałam Pani Dyrektor ze szkoły, trzęsąc się jak osika, bo mój protestancki z jakichś względów umysł, uważa, że el cztery to grzech.

Nie żebym lubiła protestantów, mają swój stek bzdur, ale filozofia życiowa bardziej podoba mi się niż katolicka, bo katolicka uważa, że hajs to grzech i że musisz się w życiu nacierpieć, a ja sądzę, że wcale nie muszę.

Wracając do meritum: dowiedziałam się, że leżeć mam trzy dni, w związku z czym uznałam, że jakoś te półtora dnia wytrzymam. I co? I odkąd się położyłam dwie godziny temu, to nie bardzo wiem, co z tym fantem zrobić. Zwłaszcza, że co chwila muszę wstawać – z różnych względów – i że mamy gościa. Który to gość, na szczęście, lata na ogół po znajomych i wraca po północy, więc liczę na to, że mojego leżenia nawet nie zauważy.

Przy okazji: to naprawdę dobry gość. Jedyna osoba, której smakują moje ciasteczka i jedyna, która nie pyta, dlaczego nie mamy choinki ani żadnych ozdób. Jedyna, która okrada mnie ze skarpetek i która zagrała nam marsza weselnego w ramach pobudki. Dlatego umiem już nawet nie złościć się o porozrzucane rzeczy i wafelki leżące na… suszarce do naczyń. Nie, nie zapakowane.

A poza tym nie mam na to siły.

Dobra, leżę dalej. Zakładam, że wirus penetrujący mnie od października tym razem ustąpi.

Odnalezienie

red-background-awesome-luxury-bb

 

To nie tak. Przez maleńką sekundę nie planowałam zniknąć na MIESIĄC. Naprawdę. Zapętliłam się tylko w swoich osobistych radościach, najbardziej pracowitych tygodniach życia oraz publicznych lękach: kiwaniu się, obawie, irytacji. Dotyka mnie już ta macka. Lata pracy – chociażby nad materiałami maturalnymi, ale oczywiście nie tylko – kierują się w stronę tajemniczego kierunku pod tytułem „niwecz”. Bo zmieniona lista lektur, bo zmienione tamto, sramto, owanto. Boję się czytać, boję się przyszłości, boję się chaosu roku przyszłego, boję się, że rozpadać się będą osoby, z którymi współpracuję, ich organizacje pozarządowe, instytucje kultury… Boję się, że wszystko się skończy, że zamiast migotliwej czerwieni będzie tylko szarość w popielate pasy.

Robię swoje na razie, nie czuję się dobrze, nie mam siły na siłownię, chcę się położyć do łóżka, ale nie mogę wyjść poza krąg zobowiązań i paniki, żeby teraz narobić jak najwięcej, bo przecież nigdy nie wiadomo, co przyniesie jutro. Jaką ustawę.

Jeżdżę też, na Pulsie Literatury byłam, bo wygrałam, dzielę się wierszem, choć w kontekście migotania pierścionków zupełnie nieadekwatny, bo do powiedzenia nic mądrego nie mam, nic. Obiecuję tylko powrót do regularności, do formy, do pisania, do odwiedzin, do siłowni, do nadziei, optymizmu, cieszenia się szczęściem, które jest takie namacalne, takie moje, takie teraz. Takie niszczone…

saturn nienasycona

każdego dnia o dwudziestej
pierwszej jestem ministrem g.
słyszę jak on krzyk zarodków
choć nie chcę. zatykam uszy i biegnę
biegnę w stronę torebki
z której dochodzi dźwięk
alarmu.

tabletki lśnią w grzecznym rzędzie
jak mali uczniowie w ławkach:
ręce przed sobą, policzki na boki.
znów jem twoje dzieci, mówię
głośno, choć może przestanę
kiedyś – jak już mnie pokochasz
kupisz mieszkanie, od biedy
przyczepkę i zacznie się okres
wielkiego tulenia. mali straceńcy
z byłych opakowań zerkać może będą
z zazdrością na nasz
świat. na bezbronnie machanie skrzydełkami
odmacham a potem zrobię prawdziwą
kolację.