Najważniejsze książki mojego lata

1968-czasy-nadchodza-nowe-w-iext52378329

Najważniejsze trzy książki lata, które z różnych względów tańczyły mi po żołądku i grały na najwrażliwszych strunach. Nawet, jeśli coś im zarzucam, to jednak małe słowo boże o każdej, na zachętę – niezależnie od tego, że lato trwa jeszcze i smuci się pewne, że już je podsumowałam. Nie bądź naiwne, lato. Powoli zaczyna się zapełniać kalendarz, więc choć nie pozwolę sobie na życie takie, jakie było w zeszłym roku (nie, rok nie zaczyna się w styczniu), to jednak obawiam się, że literacko zaskoczyć mnie może co najwyżej jesień.

Nie, książki to nie są bułki z piekarni wyjęte rano i czerstwe wieczorem, nie czytuję wyłącznie nowości, a nawet drażni mnie ta newsofilia.

Nie kopiuję całości tekstu do posta, bo takie długie posty sprawiają, że Mark Zuckerberg siwieje.

  1. E. Winnicka, C. Łazarewicz, 1968. Czasy nadchodzą nowe

Najdziwniejsze stwierdzenie, jakie może paść z ust osoby uczącej historii to to, że nie wiem, jak łoni w ogóle uczo dzieci tej historii. No bo każdy wie, że w PRL-u to były strajki, nie bardzo wiedząc, czym różnił się pięćdziesiąty szósty od sześćdziesiątego ósmego a sześćdziesiąty ósmy od siedemdziesiątego, i na odwrót, i tak dalej. Co najwyżej 1968 kojarzy się – słusznie – z pewną narodową hańbą, nie zastanawiając się na ogół na temat jej skali, skutków i tyluż niuansów… Ewentualnie (ci bardziej prawi) wiedzą, że „to komuniści wygnali Żydów z Polski”. Najczęściej ci sami ludzie uważają, że nie należy mówić, że naziści wywołali drugą wojnę, tylko Niemcy – z czym ja się akurat zgadzam, bo to istotnie Niemcy wywołali II wojnę światową a Polacy wygnali własnych obywateli żydowskiego pochodzenia, a jeśli nie wygnali bezpośrednio, bo się nie identyfikowali z Gomułką, to słowem nie pisnęli w ich obronie – z Kościołem chrześcijańskim, miłosiernym na czele. Tak czy siak, bo się nie w to wikłam co trzeba: książka jest nietypowa, bo jest dość lekka, a jednocześnie o ważkich sprawach, i w tym sensie niezwykła. Jest historią poszerzającą horyzont jak jakiś super podniebny dron, choć nie jest encyklopedyczna i nie da podręcznikowej wiedzy – składa się z mnóstwa mini-historyjek, a każda z nich jest puzzlem do wielkiej panoramy z tego roku dziwniejszego niż pandemiczny 2020. Autorzy krążą od Anglii, Beatlesów i Rolling Stonesów i francuskich strajków do przejmujących, niezwykłych, jednostkowych historii z naszego rodzimego podwórka. I nagle olśniewa człowieka, że ta data jest tak wielka, tak brzemienna w znaczenia, że to trzeba wiedzieć. Trzeba. I że dopóki nie rozliczymy się jako naród z tym, co stało się wtedy, nie zapytamy rodziców i dziadków, jak mogło do tego dojść, to nie przeskoczymy pewnego etapu nigdy.

Tak, wiem. Pewnie nie przeskoczymy.

  1. M. Grochowska, Gidroyc. Do Polski ze snu

 

O to było trudne, nawet dla mnie – i ostatnie zdanie nie jest zadufaniem w sobie. Moja praca magisterska z historii była o konflikcie literatów po 1945 roku, więc miałam solidne zaplecze, bez którego szłoby mi o wiele bardziej opornie. Bardzo długo, nawiasem mówiąc, chciałam później tę magisterkę udoskonalić i wydać jako książkę, bo pewne możliwości się rysowały i zachęty były, i właściwie chciałam tego jeszcze miesiąc temu, ale po Giedroyciu już nie chcę, bo mi Grochowska zabrała temat, choć gryzła go z innej strony. Uprzedzam: książka jest trudna, chwilami nawet – przepraszam – toporna w swojej nowatorskiej składni, typowej dla współczesnego reportażu a tu przesadzonej, gdzie czasem właściwie równoważniki zdania każą się domyślać, czy to powiedział Miłosz, czy ktoś o Miłoszu, czy bohater rozdziału, o którym nie było już nic dwie strony z rzędu, czy to w ogóle cytat czy odautorski komentarz itd. Ale podczas czytania jej otwierała mi się klapka za klapką, podobnie jak w przypadku 1968 – niuanse i jeszcze raz niuanse, z których człowiek nie zdaje sobie sprawy. To, że inną grupę stanowili rewizjoniści z roku 1956 a inną (intelektualnie, postulatywnie, jakościowo) ci z 1968, to, że właściwie bardziej ugodowi byli inteligenccy katolicy niż oddolni, partyjni buntownicy, że wielu opozycjonistów ostrzegało przed infantylnym, endeckim katolicyzmem, który wróci i jego reprezentanci (sic!) będą bardziej niebezpieczni niż europeizujący i perfumujący się cywilizacyjnie postkomuniści. Tu rozdziały dzieliły się według ludzi i każda historia, bardzo wnikliwa, ludzka i osadzona w czasach naraz, otwierała oczy na różnice, na racje, których chwilami nie sposób było nie przypisać obu stronom. Więc warto się przemęczyć, przebić te pieprzone prawie 600 stron i ułożyć sobie na wszystko jeszcze raz, lepiej.

  1. T. Kwaśniewski, W co wierzą Polacy

 

Tak, wiem. To jakby książkę o ogrodnictwie ustawić między dwiema powieściami fantasy. Ale co ja poradzę na to, że także i ta kwestia jest dla mnie paląca, ważna, frapująca, powodująca autentyczną potrzebę wychylenia się przez okno i krzyczenia what the fuck, ludzie, what the fuck? Bo tak, Kwaśniewski krążył między wróżkami, jasnowidzami, pogromcami duchów (też są), egzorcystami i przeprowadzał z nimi rozmowy, które powoli układają z kolei układankę pod wielkim tytułem „Ty też znasz jakiegoś płaskoziemca”. Część jego „magicznych” rozmówczyń (akurat tak się złożyło, że damskie) zachwycała mnie błyskotliwością i tekstami typu „Za darmo jest tylko ser w pułapce” (na pytanie, czy bierze opłatę za swoje usługi) lub stwierdzeniami (wróżka Barbara), że ona odbiera inne częstotliwości i na przykład „pies też odbiera inne częstotliwości i nie uważamy przez to, że jest pierdolnięty”. Jawiły mi się czasem kobiety te (głównie) jako genialne businesswomen, a czasem jako te, które naprawdę uwierzyły, że czytają z kart, a mężczyźni bardziej jako totalne świry (a już egzorcysta, z którym rozmowa była najgorsza chyba, i pan Robertek – zupełnie odrealnieni). Ogólnie, gdy Kwaśniewski przywołuje między historiami statystyki itd., to rysuje się takie społeczeństwo, w którym na serio nie może już dziwić fakt, że poważni politycy, przedsiębiorcy i wykształceni ludzie płacą za rzucanie klątw, wróżby czy zabiegi pod tytułem „uzdrawianie jajem”. Część osób zarzucała autorowi zbytnią bekę i fobię na punkcie PiS-u (często powtarzający się wątek, gdy prosi o coś jasnowidza czy innego cudotwórcę to o polityczne kwestie wyrażające jego pragnienie zmiany władzy), ale ja go po pierwsze rozumiem, a po drugie akurat nie to mi przeszkadzało. Bardziej irytowały mnie te wstawki, że spotkał się z przyjacielem, a to z dobrą znajomą, a to z rodziną i za każdym razem ze zdziwieniem konstatuje, że oni też wierzą, „że w tych wróżbach coś jest” albo „kiedyś korzystali z usług” albo „przeżyli spotkanie z duchem”. Miałam cały czas na końcu języka pytanie: ale to zaraz, to nie znałeś przyjaciela wcześniej czy oczymście gadali zanim zacząłeś pisać książkę? Potem zaczęłam myśleć o swoich przyjaciołach i uznałam jednak, że (chyba?) na sześć przyjaciółek licealnych tylko jednej nie jestem pewna, przyjaciół płci męskiej zesłał mi los racjonalistami pełną gębą, a z żagli na trzy osoby też mooooże jedna by bała się rzucenia na nią klątwy na próbę. Po książce tej byłam smutniejsza, ale mądrzejsza. Rozumiem już, co w mojej przestrzeni robi nie tylko Rydzyk, ale i doktor Zięba, niebędący doktorem.

Światowy Dzień Poezji

Wszystkiego najlepszego!

 


 

Jacek Dehnel

Szczęście

                                 dla P. T.

W przyszłym tygodniu masz urodziny
za rok pewnie
już cię nie będzie.

M. Roberts, Lacrymae rerum

Być tą brzydką Angielką – chudą, podstarzałą,
niezbyt dobrą poetką; mieszkać w letnim domu
ze stygnącym mężczyzną (serce czy rak nerek –
przyczyny nieistotne). Wnosić mu po schodach
(wąskich, zawilgłych schodach) tacę ze śniadaniem
i siebie. Pisać: „W przyszłym
tygodniu – bzyk muchy –
– masz urodziny – znowu – za rok pewnie – krzyczy
z bólu – już cię nie będzie”. Iść do niego. Głaskać.
Leżeć z nim w wannie, płacząc. Patrzeć, teatralnie
ale przecież prawdziwie, przez okno na drzewa.
Mieć za sobą te lata, te listy, te flamy,
znać numer kołnierzyka, buta, obwód głowy.
Nie umieć się obejrzeć za innym mężczyzną.
Używać tamtych zwrotów, pieszczotliwych imion.
I udawać, że wcale nie jest gorszy w łóżku,
mając w pamięci tyle miejsc, razów, sposobów:
w hamaku, w soku z jagód, w pociągu pędzącym
z Wenecji do Nicei, na biurku wydawcy,
w bocznej salce muzeum. Przyjmować wizyty
przyjaciół i lekarzy. Kręcić kogel-mogel.
Nie móc udawać dalej i dalej udawać.

Lecz nade wszystko wiedzieć, że wszystko, co było
nie mogło, nie powinno być inaczej, z innym,
gdzie indziej, kiedy indziej – to właśnie jest szczęście.

Widziałeś całość. Teraz odchodzisz, powoli
skubiąc liście z gałęzi. Ktoś zasłania lustro,
ktoś dzwoni, ktoś rozmawia. Taca. Wanna. Łóżko.


Ewa Lipska

Widzę je wszędzie
1
Mogę urodzić dziecko. Ale
co mu pokażę oprócz
– autostrady
pędzącej z nadmierną szybkością
– wodospadu
zatrzymanego w skoku
– fotoplastikonu
obojętnego na wszystko.
Jak wytłumaczę mu
– że tylko popołudnia bywają
szczęśliwe
– że milczenie
jest najbardziej trafną odpowiedzią
– że zimy historii
zamrażają żywcem bohaterów.
Jak wytłumaczę mu
że my
dwudziestoczteroletni
wypuszczeni za kaucją ze żłobków
nie wypisani jeszcze z przedszkoli
należymy już do domu
starców.
Tracimy równowagę
na pustej przestrzeni.
Mojego dziecka nie ma. Ale
słyszę jego śmiech i widzę je wszędzie.
Widzę jak zjeżdża po poręczy schodów
które już dawno z siebie zeszły.
2
Moje dziecko fruwa po niebiosach.
Moje dziecko przychodzi mi na myśl.
Moje dziecko jest prześladowane.
Wciąż jest wzywane na świat.
Moje dziecko fruwa po niebiosach
o kulach. Nie ma nóżek. Nie nadeszły jeszcze.
Przechodzą dopiero przez miasteczko
Roanne w Burgundii.
Moje dziecko przychodzi mi na myśl.
Staje przede mną jak najwyższy szczyt w Alpach
którego nie zdobędę. Wyciąga rączki ze śniegu.
Patrzy zamarzniętą rogówką oka.
Moje dziecko jest prześladowane.
Wciąż wzywane na świat przez listy gończe.
Przez psy gończe. Przez urząd statystyczny.
Przez rękawiczki kupione z przeceny.
Na moje dziecko czekają już na ziemi
lata mojego dziecka.
A niebiosa uginają się
od nadmiaru poprzeczek.

Bolesław Leśmian

Szewczyk

W mgłach daleczeje sierp księżyca,

Zatkwiony ostrzem w czub komina,
Latarnia się na palcach wspina
W mrok, gdzie już kończy się ulica.
Obłędny szewczyk — kuternoga
Szyje, wpatrzony w zmór odmęty,
Buty na miarę stopy Boga,
Co mu na imię — Nieobjęty!

Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!

Boże obłoków, Boże rosy,
Naści z mej dłoni dar obfity,
Abyś nie chadzał w niebie bosy
I stóp nie ranił o błękity!
Niech duchy, paląc gwiazd pochodnie,
Powiedzą kiedyś w chmur powodzi,
Że tam, gdzie na świat szewc przychodzi,
Bóg przyobuty bywa godnie!

Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!

Dałeś mi, Boże, kęs istnienia,
Co mi na całą starczy drogę, —
Przebacz, że wpośród nędzy cienia
Nic ci, prócz butów, dać nie mogę.
W szyciu nic niema, oprócz szycia,
Więc szyjmy, póki starczy siły!
W życiu nic niema, oprócz życia,
Więc żyjmy aż po kres mogiły!

Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!


Czesław Miłosz

Moja wierna mowo

Moja wierna mowo,
służyłem tobie.
Co noc stawiałem przed tobą miseczki z kolorami,
żebyś miała i brzozę i konika polnego i gila
zachowanych w mojej pamięci.

Trwało to dużo lat.
Byłaś moją ojczyzną bo zabrakło innej.
Myślałem że będziesz także pośredniczką
pomiędzy mną i dobrymi ludźmi,
choćby ich było dwudziestu, dziesięciu,
albo nie urodzili się jeszcze.

Teraz przyznaję się do zwątpienia.
Są chwile kiedy wydaje się, że zmarnowałem życie.
Bo ty jesteś mową upodlonych,
mową nierozumnych i nienawidzących
siebie bardziej może od innych narodów,
mową konfidentów,
mową pomieszanych,
chorych na własną niewinność.

Ale bez ciebie kim jestem.
Tylko szkolarzem gdzieś w odległym kraju,
a success, bez lęku i poniżeń.
No tak, kim jestem bez ciebie.
Filozofem takim jak każdy.

Rozumiem, to ma być moje wychowanie:
gloria indywidualności odjęta,
Grzesznikowi z moralitetu
czerwony dywan podścieła Wielki Chwał,
a w tym samym czasie latarnia magiczna
rzuca na płótno obrazy ludzkiej i boskiej udręki.

Moja wierna mowo,
może to jednak ja muszę ciebie ratować.
Więc będę dalej stawiać przed tobą miseczki z kolorami
jasnymi i czystymi jeżeli to możliwe,
bo w nieszczęściu potrzebny jakiś ład czy piękno.


Martin Niemöller

Kiedy przyszli

Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było

Pijany Wrocław

Wrocław mnie zawiódł, choć przywitał pięknie. Obca osoba zagaduje na Facebooku i zaprasza na wieczorek mój własny. Radosny szok i obawa – niesłuszna po trzykroć. Kiedy N. powiedziała, że pojedzie ze mną i zrobimy sobie wycieczkę, przez chmury przebiło się słońce i pojechałyśmy. Rozkopane ulice blokowały wjazd do hotelu, do tego nie mam zastrzeżeń. Do hotelu większe, ale był tani, więc może też nie powinnam.

Byłam tu trzeci raz i dwie pierwsze wizyty zakodowały w mojej głowie ładną, dużą przestrzeń, turystów, formę widocznego dostatku. Tym razem, gdy najpierw siadłyśmy na obiad, na rynku rąbało jakieś straszne disco z wodzirejem. Wałęsał się żebrak i para siedząca przy stoliku od moich pleców zaburzała i tak zaburzony odbiór rzeczywistości jakimś topornym grubiaństwem. Zdarza się wszędzie, chodźmy, i poszłyśmy do galerii Ślimak, gdzie miał odbyć się wieczorek.

Na dzień dobry uderzył mnie entuzjazm o skali nieprawdopodobnej. Pani właścicielka ma misję i ją realizuje, zaprasza – użyjmy słowa szumnego „artystów” – ogłasza, reklamuje, dopasowuje prowadzącego, częstuje winem a na końcu poza tradycyjnymi kwiatami daje czekoladę. Bardzo mi się chciało czekolady.

Siedziałyśmy w Ślimaku do nocy i rozmawiałyśmy o literaturze, aż etap imprezy doszedł do puszczania sobie muzyki na youtubie. Ja przymusiłam wszystkich do odsłuchania tego:

Potem, uszczęśliwiona, poszłam z N. na miasto, a podczas spaceru w kierunku Rynku zaczepione zostałyśmy trzy razy. Nieco obniżyło to euforię, zwłaszcza że potem, pod parasolkami przy niezbyt czystych stolikach co chwilę obserwować mogłyśmy narąbane grupki, obcokrajowców z bliskiego zachodu, o fryzurach z plakatów disco-polo lub niemieckich pornosów z lat 90. Wszystko krzyczało, falowało, brzydko pachniało i upadało. Taksówkę powitałyśmy z ulgą.

Ale i tak było świetnie. Nie licząc pracy z laptopem na kolanach na siedzeniu pasażera, bo powiedziałam, że szybko napiszę ten tekst, do niedzieli po południu. Nie przewidziałam dwóch dodatkowych godzin w aucie, które spędziłyśmy zablokowane sznurem samochodów z prawej, tramwajem z lewej, a biegnącymi maratończykami od strony maski. Po cholerę oni biegną, ja się pytam już po raz kolejny w życiu?!

Kupuję od razu pięć tomików, jak tylko wyjdą, napisała pani ze Ślimaka. Muszę to u siebie mieć! No i pozostań tu skromny jak należy, człowieku… 🙂

E.

Karteczka za wycieraczką

WP_20170623_002A z choinki urwałaś i odkryłaś, że ludzie nieuczciwi są, hmmm…? Tak zareagowałoby osiemdziesiąt procent społeczeństwa pewnie, gdybym opowiedziała, jak mi smuto, jak mi źle i szaro.

Od dawna nikt mi nie wierzy, że między innymi dlatego nie będę miała dziecka, a to „między innymi” to silny argument. Nie chcę wysyłać nikogo na ten świat obłudy i ponosić odpowiedzialność za to, że ten wysłany przeze mnie tu jest i musi patrzeć, a oczy zachodzą mu ropą.

Głupie zdarzenie. Stłuczka pod oknem, widziałem przez przypadek, facet chciał zwiać – nie pozwoliłam, zatrzymałam. Swoje odzyskałam. Miałam dużo niewygód z racji dojazdu do pracy ponad godzinę z tobołami, ale trudno, Fordzisław stał u mechanika… I kiedy po powrocie od tegoż, dzień później, został uderzony po raz kolejny, a ja znalazłam kartkę z numerem telefonu – ucieszyłam się. Powiedziałam do H., popatrz, ktoś uczciwy! Ale uczciwy nie był uczciwy. Numer okazał się fejkiem. A ja zyskałam szacunek do tego pierwszego, który jawnie uciekał. Przynajmniej nie odstawiał teatru przed ludźmi.

Jest mi smutno, jest mi szaro i czarno. Zawsze uważałam, że mój Dziadek to kombinator, Boże jaka byłam naiwna. Kombinator, bo potrafił kręcić, wymigując się od spotkania z kimś, z kim spotkać się nie chciał, albo usiłował zapłacić za coś mniej… Ale karteczki wtykał za wycieraczki z lewa i prawa, sama odbierałam w tej sprawie telefony i wydawało mi się to naturalne jak podtarcie tyłka. W jakiej ja doniczce wzrastałam, jacyż naiwniacy mnie wychowywali, co to za koszmarny świat objawia mi się nagle, kwant po kwancie? Chcę zwinąć się w kłębuszek, zawiązać w supeł nogi nad głową, wturlać się w tej postaci pod kołdrę i…

Nie…

E.

Kolejny krok

_DSC6435

To musiało się chyba stać. W Lublinie dobrze się bawiłam, rozczulałam przyjaźnią, spałam, siedziałam w saunie, czytałam i robiłam zakupy. Nie tylko o to jednak chodziło, nie o odpoczynek, czy o wspomniany czas na życie – pragnienie które słusznie skomentowała Anna, choć ja też tak w tle głowy komentowałam samą siebie.

Tylko że potem nastąpiła Warszawa – dni niecałe trzy – Kraków i Czaple Wielkie, z czego te ostatnie były może najważniejsze, bo podsumowujące, stawiające nad moim prywatnym „i” wielką kropę z zawijasem.

*

W Warszawie poszliśmy na koncert, że tak powiem prywatnie. Ilość wzruszeń towarzyszących nie może być publiczna zbyt, fakt, że słuchałam osoby, która – pominąwszy wszelkie konotacje generujące osobiste podejście do sprawy – jest wspaniała, bo postawiła na swoim. Wbrew światu, oczekiwaniom, szeptom, lękom, panice, że ależ przecież z czego będziesz żyć, że ależ jak tak można, pokazała, że na wiolonczeli da grać się jazz, da się rzucić szkołę, że jazzu słuchają ludzie, że klaszczą, że podoba im się, że przekazują sobie nawzajem energię i tak, właśnie tak będę robić i tak, tak właśnie rób, podziwiam cię, wspieram, cieszę.

*

Nie wytrzeźwiałam jeszcze do końca, a już siedziałam w pociągu do Krakowa, a potem u Kamili. Zaprosiła, bo jedzie znów, tym razem nie na Kamczatkę ani Jukon, no i teraz pieszo, nie na rowerze, od granicy Meksyk-Stany do Stany-Kanada, zachodnimi górami. Pół roku jej to zajmie, więc na ślubie nie będzie, więc zobaczmy się u mnie, więc czemu nie. Kiedy poznałam ją na krakowskich studiach, jeszcze się bała rzucić stałej pracy – po to, aby w końcu przestać się bać. Aby wynająć swoje mieszkanie, rower wrzucić do samolotu i hej.
Teraz powoli pojawiają się sponsorzy. Występy. Domy Kultury, ależ proszę przyjechać i opowiedzieć o Jukonie. Okey, ale bilet wstępu za tyle a tyle. Okey. Viola.

*

Od Kamili do Alicji, do Czapli. Do domu ze wspaniałym facetem, fajnymi dziećmi i labradorem. I patyczakami. I liśćcami. I kokonami motyli, bo przecież motylarnia… Jeszcze kilka lat temu szukanie pracy w panice, dziś zapracowanie, zmordowanie i szczęście. Czy ludzie przyjeżdżają? Ależ walą drzwiami i oknami, nie możemy wszystkich przyjmować, ale dziwisz się? Największy motyl jest ogromny jak dwie męskie dłonie, jest taki, który żyje tylko dwa dni. Obecnie nie żyją albo hibernują, ale chcesz iść do owadów? No pewnie! Oto i one….

WP_20170221_003 WP_20170221_019 WP_20170221_010 WP_20170221_024

I kiedy wróciłam, to poczułam, że nie mogę, że coś się zmieniło. Że satysfakcja z pracy to nie wszystko, że życie to nie praca. Że mam mieć czas na pisanie, nawet jeśli będę miała mniej. I na gadaniu się nie skończyło, siadłam i napisałam ogłoszenie na olx, że zatrudnię, że studentkę, że drobne zlecenia, że wymiar 1/4 etatu.

Teraz kiwam się, widząc, jak wzrasta licznik, jak przez godzinę i dwadzieścia minut ogłoszenie przeczytało ponad dwieście osób, a dwie już wysyłały listy motywacyjne i CV. Skądinąd beznadziejne obydwa. Ale to początek lepszego. Czuję to.

Albo może po prostu odpoczęłam…?

E.

Nic nas nie kręci, nic nie podnieca

Ostałam ci się ja pusta w środku, jak pozbawiona mózgu z założenia wydmuszka jajka. Nie, nie oczekuję współczucia, ani rad, chcę tylko ostrzec wszystkich, którzy mają równie głupie pomysły co ja: nie idźcie tą drogą!

Lubię wszystko to, co robię, system „pracuję na umór dziś, jutro mam wakacje” ma swoje zalety i będę go bronić, nie umiałabym pewnie nawet zrezygnować z niego, ale… ale nawet nie o to chodzi, że każda szybka kawa to warstwa nałożonych na siebie zaległości. Nie o to, że zaczęłam weekend dokładnie o 23.39 w niedzielę, bo zaoczni, bo korki, bo to i tamto. Sama chciałam, sama mam, proszę bardzo. Więc nawet nie nerwowe i nieustanne zerkanie na zegarek jest problemem (bo przecież między 13.20 a 13.45 mam czas na przekąskę i wydruk materiałów), ale to, że nie robię rzeczy swoich. SWOICH.

H. siedzi przed kompem od rana do rana, jako i ja. Zerkam mu przez ramię i widzę ciąg tajemniczych znaczków, szeregi ślicznych kwantyfikatorów, znaki nieskończoności i odwrócone do góry nogami mrówki, czy co to tam jest właściwie… Przypominam sobie o wygranej na wydanie tomiku i uśmiecham się, głaszczę po głowie, nie mogę się doczekać, kiedy zaczniemy redakcję, korektę, to i to i to. Ale i to i to i to oddala się w czasie, bo przecież… i od początku.

To tylko zmęczenie. Ale postanowiłam sobie w zeszłym tygodniu: dość. Poszliśmy do teatru na „Komedę”. Po 45 minutach zarządziłam absolutnie, że wychodzimy, bo ja nie będę tracić czasu na taką beznadzieję. Wyszliśmy. Kilka dni później poszłam z Martą na „La La Land”, kupiłam sobie nawet Colę, której nie piłam ze cztery lata. Po 15 minutach już chciałam powiedzieć głośno i piskliwie, że nie wytrzymam, ale na szczęście zaczęło się coś dziać i działo się do końca. Ale tego pierwszego kwadransa im nie wybaczę, a że film jest dla mnie zamkniętą całością, to nie mogę piszczeć z zachwytu, choć tak, byłam wzruszona, jest nieoczywisty i zaskakuje.

Do moich ferii dwa tygodnie. Dwa. D-W-A. Będę leżeć i czytać książki i jeździć po mamę do pracy i namawiać tatę na łyżwy i pić wino i chodzić na basen. Szkoda, że tylko tydzień, ale zawsze coś. W ten tydzień przemyślę wszystko, co uciąć, jak żyć panie premierze. Jak wydobyć tę godzinę dziennie dla siebie na rzeczy, które inspirują, które fundują życie…

Postanowienie na przyszły rok: nie brać zajęć w niedzielę!

Wrzucam wiersz adekwatny. Swoją drogą dopóki nie dostanie nagrody to ja się wstydzę nimi dzielić, a potem robię się taką zarozumiałą pewniachą. Gdzie tu logika, panie?


lublin. dolna marii panny

w poezję bawiliśmy się w piątkę
dzieci z dobrych domów umyte
pod pachami. biblioteczki z salonów
mieszczańskich czekały naszego
powrotu. czas drętwiał i nieco nużył
ale rzadko: tylko gdy wiersz czytał
ktoś inny przebieraliśmy nogami
niezależnie od pochwał rzadkich
wyważonych, śmiesznych
do bólu brwi, ale dopiero
dzisiaj.

w życie bawimy się z dala od siebie, ale i tak
jest zabawnie przynajmniej z lotu ptaka
o czarnym poczuciu humoru. dzieci nasze wierszy
nie piszą, nie istnieją nawet, nie wiedzą
o dobrych domach i czasach
gdy niepłodni rodzice mieli
jakiś cel przynajmniej
drogę do domu postanowienie
że ja im pokażę albo że następnym razem
pójdziemy na piwo i tyle, ale to tyle
waży teraz wiele ogromnie dużo, budzi
przestrach, obmacywanie własnej twarzy
rękami ciężkimi od znaków zapytania:
co teraz, dokąd
dokąd. i dlaczego nie tam.

Pierwsze petardy 2017

Czytam obecnie mało, nie oglądam, trochę słucham… bo popełniłam gdzieś błąd, nie chce mi się go wyjaśniać, ale popełniłam. Czasowy. Ale jednak udaje mi się nieraz odpalić racę, zostać potrząśnięta, wywalona bebechami na lewą stronę, wchłonięta przez dzieło.

I tak na miano petard pierwszych anno domini 2017, subiektywnych, należą…

 



BOLESŁAW LEŚMIAN ZAŚPIEWANY

 

Między niebem a piekłem, wśród słynnych bezdroży,
Które lotem starannie pomija duch boży,
Stoi karczma, gdzie widma umarłych opojów
Święcą tryumf swych szałów pijackich i znojów.

 

Historia, jakich wiele. Weszłam do Empiku kupić coś na gwiazdkę rodzicom i kupiłam, zadowolona z prezentów wychodziłam i zobaczyłam „Wisława Szymborska zaśpiewana”. Składanka. Ja nie lubię składanek, ale wzięłam. Wzięłam też Miłosza i Leśmiana, bo poza nimi był i Stachura, a ja nie lubię Stachury, oraz Bellon – jak wyżej. Ale tej trójki nie mogłam sobie odmówić.

Najpierw rzuciłam się na Szymborską, bo to Szymborska, ale jakoś tak… no, niektóre niezłe.

Tak, niektóre niezłe. To dobre określenie. Dlatego bez przekonania zmieniłam płytę na Leśmiana i…. Nie wiem, nie wiem. Trzydzieści razy tej płyty słuchałam? Trzydzieści pięć? A mam ją od końca grudnia? Na dwadzieścia utworów nie podobają mi się dwa, ale te pozostałe są… jeśli powiem, że „są wykonane profesjonalne, utrzymane w fachowych aranżacjach od jazzu po muzykę ludową” to gówno powiem, prawda? Więc tak: ja słuchałam raz za razem, ja wymyślałam powód, żeby pojechać kilka kilometrów dalej (ja w samochodzie tylko słucham, bo w domu… kuźwa… nie mam czasu), ja oddychałam głośno i łapczywie, ja mówiłam: nie, nie, nie wierzę, albo tak, tak, tak mi rób, ja nie wierzyłam, że ktoś może tak wspaniale, tak nieziemsko wykonać „Dziewczynę”, a ten ktoś, pod tytułem Agata Klimczak po prostu ją wykonał. I, aha, „Zazdrość moja bezsilna po łożu się miota” też nie została spieprzona, a nawet odwrotnie, to samo z równie ukochanymi „Śmierciami”. To Leśmian pełną gębą, jego zboczenia, poetyckie odjazdy, neologizmy, absurdy, świat trupów i dewiantów, miłości i tęsknoty, i żalu i bezczasu, zatracenia, upadku, czołgania się, smakowania cielesności, widzenia ponad chmurami…

Tu macie próbkę: próbka. Nie podoba mi się tylko 8 i 13. I to, że nikt nie połasił się, nie porwał na „Jadwigę”. Załączam „Jadwigę” na poprawę humoru:

Jadwiga

Cień za cieniem się ugania, a motyla motyl ściga, —
Rozpłakała się w lesie niekochana Jadwiga.
«Raczej ciało niepieszczone wilkom rzucić w bór za borem,
Niż nie znaznać pieszczoty choćby nawet z potworem!» —

I wypełznął czerw spod ziemi zwilgotniałym pyskiem czynny.
«Ot ja ciebie popieszczę! Ot ja właśnie — nikt inny!»
Obejrzała się na drogę i na tuman poza drogą.
«Oprócz ciebie na świecie nie mam, czerwiu, nikogo!»

Legła przy nim na murawie, głowę wsparła o kamiążek,
Miała kilka pierścieni i łez kilka, i wstążek.
«Otom — twoja! Pieść do syta! Nie szczędź w lesie mego ciała!
Jam tu przyszła nie po to, bym się sama ostała»…

Wiatr warkocze jej z ramienia na to drugie ramię przesuł,
Ona była nieswoja, a on rad był i wesół.
Pyskiem własił się i włudził w piersi wonne jak dwa jabła,
Aż Jadwiga stęknęła, aż Jadwiga osłabła.

Krew jej w głowie zahuczała pogrzebnego echem dzwonu,
A to była choroba — i już blisko do zgonu.
«Inni boją się miłować krwi schorzałej szaleniznę,
A ja nawet potrafię kochać ciała zgniliznę!» —

I przeniknął pieszczotami bezpowrotnie aż do kości, —
Nie, — nie było na świecie tak niesytej miłości!
Nie wiadomo, co za szumy z czasu w bezczas zaszumiały,
Gdy obnażył się w słońcu szkielt biały, bo — biały!

Maj był w lesie i na polu i opodal — na rozstaju, —
W maju działo się właśnie — tyle jeno, że w maju.
Słychać było, jak w gęstwinie wiatr się krząta i chrabęści, —
Tedy szkielet poskoczył i zacisnął swe pięści!

— «Powiedz, czerwiu, gdzie jest tysiąc obiecanych w niebo ścieżek»?
A on tylko popatrzył — i nic nie rzekł, nic nie rzekł…
— «Powiedz, czerwiu, czy Bóg widział moje męki, moje żale?
I czy jest On w niebiosach, czy też nie ma go wcale?» —

A on zadarł pysk ku niebu i mackami wzruszył dwiema
I pokazał na migi, że go nie ma, bo — nie ma!
Więc ku snowi wieczystemu uchyliła nieco czoła
I spojrzała w zaświaty, a tam nicość dokoła!

A tam — nicość, rozścierwiona od padołów aż do wyżyn!
I tańcował, i śmiał się biały szkielet Jadwiżyn


MAUS, Art Spiegelman – nowe wydanie

 

Płakałam. Chowałam się pod kołdrę. Szeptałam „Kurwa, nie…”. Patrzyłam w sufit. Nie mogłam spać.

I nie, nie zamieniłabym tej lektury na żadną inną… I nie, nie wyjaśnię dlaczego. Nie umiem. Człowiek się katuje, ale czuje, że to katowanie ma jakość dodatnią, okrutną, ale nieporównywalną z niczym innym.

Maus