Jak wpadłam w czarną dziurę i jakie są szanse wydostania

To było we wrześniu, może nawet pod koniec sierpnia. Zachwycona nowym grafikiem z co drugą niedzielą zupełnie wolną, a z co drugą pracującą (ale zupełnie, i to zupełnie do 12.00), a także lekko zestresowana nową współpracą z kimś, kto chce mi płacić i jeszcze za pisanie, bylebym była dostępna jakieś kilka godzin co drugi dzień, odebrałam telefon.

Moja Dyrektorka. Lubię ją. Ale to, co usłyszałam zachwyciło mnie w sposób niekonieczny. Jeszcze odpoczywałam po najlepszej imprezie świata tego, jeszcze nie zrozumiałam, że lato naprawdę minęło, a ja wzięłam może ślub, ale nie z porą roku, a tu taka prośba: E., bo jesteśmy w dupie, odeszła M., kilka polonistek było na rozmowie, ale są fatalne.

Rzut oka na grafik: to niemożliwe. Aha, aha, to do widzenia, ufff. Drugi telefon nastąpił po dobie. Że może przemyśProjekt bez tytułulę, że zbiją mi w trzy dni wszystko, że… Ale ja wtedy od rana do późnego wieczora będę, bez przerw na obiad, jąkałam się, powoli myśląc, że powinnam pomóc, że… ale powiedziałam, że nie. Nie. Komunikat z trzeciego telefonu brzmiał: dopóki kogoś nie znajdziemy, dobrze? Ustawimy wszystko, jak chcesz. Powiedziałam: ok.

*

Potem była czarna dziura. Szkoła, korki, pisanie, przygotowywanie się na lekcje, to przesrane przygotowywanie się, i odkrycie: ej, to polskiego już tak nie lubią jak historii? Nie ma, niech nam pani jeszcze coś fajnego opowie, a jest, czy naprawdę musimy to pisać? No jak to, jak to? Jeszcze ta odmiana przez przypadki, te osiem lekcji bez okienka pod rząd, potem gnanie i ogarnianie i zastanawianie się, jakim cudem i że przecież w tym roku miało być inaczej…?

*

Jednocześnie działa się magia. Zapraszamy do Wrocławia na wieczorek, pełny zwrot kosztów, dużo wina za free (wpis poprzedni). Tarnów, dzień dobry, bo pani ma nagrodę, pociąg, powrót do Warszawy szósta rano, bo muszę zdążyć na lekcję, popiszę w pociągu, Józef Baran nie zrozumiał pani wiersza, mówi dziennikarz Trójki, powinien być wyżej, śmiech, wino znowu, bankiet, nie pamiętam nawet, jak wyglądał hotel, zwlokłam się, wróciłam. Musisz jechać na festiwal, mówi były szef, zawsze byłaś w Olsztynie, jak to tak po prostu nie być? Więc po pracy auto, pęd, super kochany Z.Z. (nie wszyscy celebryci są jak dżuma), powrót rankiem, znowu.

Przepraszam, że zostawiam ci swoje obowiązki kochana, ale muszę jechać, bo uczelnia…

Dzień dobry, tu Gdańsk, ma pani nagrodę, czy to jakieś jaja? Pytam, ale nie, nie jaja, w strugach deszczu i satysfakcji jadę na północ, po kilkunastu godzinach, gdy wychodzę z walizką o czwartej rano, nowo poznani koledzy jeszcze piją, gdzie ty do diabła idziesz? Oczy w słup. Na pociąg. A na pociąg do Brzegu tydzień później, powrót już o dziewiątej, bez dramatu, ale za to wtedy była ta rada pedagogiczna.

*

Siedzę sobie na radzie i radzą, potem myślę, że coś nie tak i próbuję to powiedzieć Agnieszce, ale chwilę potem world is over, film urwany, nogi do góry, a jeszcze potem tak człowiekowi głupio, że przeprasza wszystkich i wszystko. Pomyślałam: przesada. I niedługo potem sama znalazłam sobie zastępstwo.

*

Gdy pozbyłam się polskiego, dziesięciu godzin, byłam najszczęśliwsza na świecie. Bilet na grudniowe Kanary kupiliśmy już wcześniej. Potem poszłam do fryzjera, do kosmetyczki, po sukienkę Desiguala z długim rękawem, nowe dżinsy i dwa sweterki. Za ich pomocą powoli wychodzę z czarnej dziury i wyjdę przecież. Palce mam już nad głową, tylko stopy grzęzną, ale jest ok. Wczoraj, najszczęśliwsza na świecie poszłam z S. na piwo i shihę, wniebowzięta smakowałam każdego kroku, który nie prowadził mnie w kierunku szkoły, uczelni lub własnego domu, w którym przecież też pracuję.

Ogłaszam koniec walki.

Dzień dobry, tu Toruń. Tak, z przyjemnością przyjadę 8 grudnia.

THE END

Pijany Wrocław

Wrocław mnie zawiódł, choć przywitał pięknie. Obca osoba zagaduje na Facebooku i zaprasza na wieczorek mój własny. Radosny szok i obawa – niesłuszna po trzykroć. Kiedy N. powiedziała, że pojedzie ze mną i zrobimy sobie wycieczkę, przez chmury przebiło się słońce i pojechałyśmy. Rozkopane ulice blokowały wjazd do hotelu, do tego nie mam zastrzeżeń. Do hotelu większe, ale był tani, więc może też nie powinnam.

Byłam tu trzeci raz i dwie pierwsze wizyty zakodowały w mojej głowie ładną, dużą przestrzeń, turystów, formę widocznego dostatku. Tym razem, gdy najpierw siadłyśmy na obiad, na rynku rąbało jakieś straszne disco z wodzirejem. Wałęsał się żebrak i para siedząca przy stoliku od moich pleców zaburzała i tak zaburzony odbiór rzeczywistości jakimś topornym grubiaństwem. Zdarza się wszędzie, chodźmy, i poszłyśmy do galerii Ślimak, gdzie miał odbyć się wieczorek.

Na dzień dobry uderzył mnie entuzjazm o skali nieprawdopodobnej. Pani właścicielka ma misję i ją realizuje, zaprasza – użyjmy słowa szumnego „artystów” – ogłasza, reklamuje, dopasowuje prowadzącego, częstuje winem a na końcu poza tradycyjnymi kwiatami daje czekoladę. Bardzo mi się chciało czekolady.

Siedziałyśmy w Ślimaku do nocy i rozmawiałyśmy o literaturze, aż etap imprezy doszedł do puszczania sobie muzyki na youtubie. Ja przymusiłam wszystkich do odsłuchania tego:

Potem, uszczęśliwiona, poszłam z N. na miasto, a podczas spaceru w kierunku Rynku zaczepione zostałyśmy trzy razy. Nieco obniżyło to euforię, zwłaszcza że potem, pod parasolkami przy niezbyt czystych stolikach co chwilę obserwować mogłyśmy narąbane grupki, obcokrajowców z bliskiego zachodu, o fryzurach z plakatów disco-polo lub niemieckich pornosów z lat 90. Wszystko krzyczało, falowało, brzydko pachniało i upadało. Taksówkę powitałyśmy z ulgą.

Ale i tak było świetnie. Nie licząc pracy z laptopem na kolanach na siedzeniu pasażera, bo powiedziałam, że szybko napiszę ten tekst, do niedzieli po południu. Nie przewidziałam dwóch dodatkowych godzin w aucie, które spędziłyśmy zablokowane sznurem samochodów z prawej, tramwajem z lewej, a biegnącymi maratończykami od strony maski. Po cholerę oni biegną, ja się pytam już po raz kolejny w życiu?!

Kupuję od razu pięć tomików, jak tylko wyjdą, napisała pani ze Ślimaka. Muszę to u siebie mieć! No i pozostań tu skromny jak należy, człowieku… 🙂

E.

Jak nie opowiem, to pęknę

SkWP_20170817_008ończyły mi się części mowy. Nie jestem chyba w stanie objąć wszystkiego sercem, rozumem i językiem… A na dodatek mi wstyd, że zawsze śmiałam się z tych określeń, że to był najpiękniejszy dzień naszego życia i takie tam. Ale na serio – był. Przynajmniej mojego. Wszystko, wszystko było na dodatek tak szalone, że… Ok. Po kolei.

Najpierw Pendolino. Ecie pecie, gdzie jedziecie? Ele mele, na wesele. Wszystko wzięliśmy, o dziwo. Po drodze siedziała nieopodal dwójka bachorów. Nie, nie dzieci. Bachorów. Przyjechałam z rozdzierającą skórę czaszką, oszołomiona, z bagażem w każdej ręce. Jeszcze we wtorek było święto i z rzeczy pozostałych do załatwienia nie załatwiłam nic. Na szczęście było słońce i morze, masaż stóp polem magnetycznym znanym bardziej jako „piasek z plaży”, spacer, długi spacer. I środa.

Ogarnęła mnie niemoc. Popatrzyłam na swoje paznokcie. Zadzwoniłam pod pierwszy lepszy numer wskazany przez Google, żeby ktoś coś z nimi zrobił.
– Nie ma szans.
– Ale ja mam jutro ślub.
– I teraz się pani obudziła? – ochrzan po drugiej stronie słuchawki – Dobra, wciśniemy.
Wcisnęli. Lało. Poszłam, zażądałam różu, do butów. Zmieniliśmy mieszkanie teściowej (!) na hotel, w środku szampan i kwiaty. Potem H. namówił mnie na saunę i basen, a sam zniknął kupować soki, nie soki, owoce, załatwiać, ogarniać, robić… Wydudliłam dwa kieliszki i poszłam, a co. Razem z potem spływał stres i alkohol z całego roku. Gdy wyszłam, prawie wszystko było załatwione. Mogłam się tylko smsem nie dowiadywać, że Kub. ma taki pociąg, że przyjedzie na godzinę przed ślubem. Tak, to trochę mnie poddenerwowało, ale na chwilę tylko. Na wszelki wypadek napisałam do Taty, błagam, weź aparat, bo Kub. będzie w ostatniej chwili. Taka historia.

Nałogi i nałogowi mężczyźni w Kołobrzegu, J. w Kołobrzegu, moi rodzice w Kołobrzegu, rodzina z Poznańskiej w Kołobrzegu, Rodzona w Kołobrzegu. Każdy gdzie indziej, ale spotykało się kogoś co chwilę, bo Tato, dowieź nasze wino do knajpy, Rodzona, weź mi przywieź to i to, kup pomadkę, użycz bagażnika. Pierwszy raz używałam trybu rozkazującego, a wszyscy po prostu robili. Nie do uwierzenia.

WP_20170817_010

Czwartek nastąpił jak grom z jasnego nieba. Bawiłam się telefonem i poszłam do fryzjera. Czas przyspieszył. Wskazówki zapierdzielały. Założyłam kiecę. Szpile. Wyszliśmy, za łapki, na piechotę. Zatrzymuje mnie nieznajoma, gdzie pani kupiła sukienkę? Po chwili druga: „Jaka ładna sukienka!”. Najpierw pytam H., czy to mi się śni, potem schodzę na ziemię i zadaję pytanie bardziej prozaiczne.
– Wzięliśmy obrączki?
– K****a!!!
W tył zwrot, sprint pod hotel, ja zostaję sama, idę wolnym krokiem. Czegoś mi jeszcze brakuje, dzwonię do Rodzonej, robi wywiad. Buty na zmianę? Mam. Dowód? Jest. Obrączki? Biegną. Czyli wszystko wydaje się być… Nie, nie było. Nie, nie zdążyłam wrócić po moje kwiaty, o których przypomniałam sobie już zbyt późno. Żałuję, bo były ładne, długo wybieraliśmy. Trudno. I przed urzędem jakoś pusto. To był najgorszy moment, gdybym wiedziała, że są dwa wejścia, nie dostałabym zawału, a tak dostałam siedmiu. Na szczęście nastąpiło nagłe zderzenie z Kub. Szybkie wspólne selfie w lustrze USC i wciela mi się tu on nagle w rolę fotografa na serio. Gra muzyka, ja i H. coś podpisujemy, świadek jest, ale Rodzona się gubi i po chwili odnajduje dopiero, też coś podpisuje i nagle już się dzieje. Działo.

Czy byłam wzruszona? Jak diabli. Byłam szczęśliwa, kochająca Kołobrzeg, urząd, prezydenta udzielającego ślubu. Wszystkich gości. I świat. I to, że do knajpy idziemy na piechotę. I słońce za to, że świeci. I to, że kolebie się pod sufitem kilka balonów z helem. I menedżerkę knajpy i DJ-kę. I pyszny obiad. A po obiedzie mini koncert… Koncert był piękny, mogę już teraz powiedzieć: jak zawsze. A po mini koncercie, kiedy J. wziął mikrofon, to ja już się śmiałam, zanim wiedziałam, o co chodzi. Mój śmiech zmienił się w rechot, gdy oświadczył, że napisał coś „dla swojej przyjaciółki i swojego profesora, który postawił mu tróję”, a rechot w kwik, gdy czytał to, co czytał. Jedyne, czego można żałować, to wysokie wyrafinowanie tekstu, czy raczej, wyspecjalizowanie, na skutek czego w kwiku swoim byłam nieco odosobniona, ale tylko nieco.

IMG-20170822-WA0001

No a potem było potem. Najlepsze podsumowanie imprezy: każdy robił, co chciał. Ciepła noc, więc były spacery nad morze, wychodzenie, wchodzenie, tańczenie, palenie, picie, gadanie… Byłam w cyklonie miłości, w centrum miłości. Od panieńskiego do… nie, nie do czwartku. Bo choć ślub był w czwartek i w czwartek natańczyłam się, nałaziłam, najadłam i napiłam za kilka ostatnich lat, to przecież koniec jeszcze majaczył w niejakim oddaleniu…

W piątek moja głowa wyraźnie dała znać: nie pilnowałaś się koleżanko, a na własnym ślubie miałaś tylko symbolicznie… Jak można tylko symbolicznie na własnym ślubie? Odpowiadam, obrażam się, przekręcam na drugi bok. A potem się uśmiecham, szczerzę, wtulam, witam, ała, głowa, ale witam ciebie mój ty, mój ty. Godzina mniej więcej dziesiąta. Śniadanie, kac, doba hotelowa zbliża się ku końcowi, tik-tak. Orientuję się, że nie mam swojego ślicznego bikini, nowiutkiego, morskiego w seledynowe małe groszki. W recepcji nie wiedzą, na basenie nie wiedzą. To tylko rzecz, pocieszam się i wychodzimy jeszcze na spacer, na obiad… Z pół godziny przed pociągiem dzwonią w hotelu. Kostium przyjechał z pralni. Słucham?? Musiała go pani ze zużytym ręcznikiem wrócić, więc go wyprali. Odbieram bikini opakowane elegancko w folię, kłaniam się, dziękuję, pociąg, tuf tuuuuf.

W Warszawie byliśmy o 23.00. Jako że nie umiem spać na siedzącą, kiwałam się w ogłupieniu, oczadzeniu, szłam na czworakach prawie, ale doszłam, doszliśmy. Kiedy w sobotę zadzwonił budzik, odmówiłam posłuszeństwa. I do Lublina, na – nazwijmy to – poprawiny pojechaliśmy dopiero po południu. Akurat zmroził już Dziadek wódkę, schłodził wino, pokroił wędlinę i cały szczęśliwy. Babcia mniej, bo zapomniała, po co przyjechaliśmy. Podkładam jej obrączkę pod nos, obejmuję, ściskam, wyściskuję, krzyczę do ucha, zaświeciło. Nawet przypomniała sobie, że dała Mamie prezent do przekazania, przekazany? Si.

Jest też Cioteczna i malutka, śliczna Zosia. Siadamy do stołu, aby nie wstawać od niego przez następną dobę. W szyby zacina deszcz, a ja w swoim domu rodzinnym, może bez Rodziców, bo zostali nad morzem, ale za to z Cioteczną, no i doczłapuje się z Kołobrzegu Rodzona z samochodem wyładowanym moimi prezentami. Odpakowujemy, Jedynka i Dwójka zachłannie pomagają, szarpią papier. Na koniec spotyka mnie ze strony Dwójki niespodziewany cios, sztylet w serce:
– Myślałam, że będziesz w sukience, Ciociu. Ja w ogóle… – cisza – w ogóle tak chciałam być! – oskarżycielski wzrok, moje wyrzuty sumienia jak stąd do Zachodniopomorskiego. Uciszam je tuleniem, pokazywaniem prezentów i rozdawaniem czekoladek. A na końcu znowu Lublin-Warszawa i moje błagam, błagam. Chcę zapamiętać to do końca życia, da się? Da?

E.

Niedziela. Ja.

– Dziadku, pożycz mi aparat.
– Nie masz aparatu?
– Mam taki stary taty, z którego nikt nie umie korzystać poza nim i taki super od koleżanki [z którą się nawet, gwoli publicznego pokajania, jeszcze nie rozliczyłam], ale nie chcę brać za dużo bagażu.
– To masz.
Chwila ciszy.
– Wiesz co, weź go sobie. Ja robię zdjęcia komórką.
– Spoko.
Aparat do kieszeni. Taki małpowy, mini, dla ludzi bez rozumu, taki na wszelki wypadek i jak się nie mieści prawdziwy. Chowam i zapominam. Wracam. Przygotowuję się, pracuję, żyję. Potem pakuję. Aha, aparat. Biorę, włączam. Bateria chodzi. Pamięć pełna. Nieskasowane zdjęcia. Oglądam. Walizka rozwalona jak ryj smoka wawelskiego. Siedzę i oglądam. Siebie. Siebie. Siebie. Rodzoną. Siebie i Rodzoną. Cioteczną. Siebie. Rodziną. Cioteczną. Siebie, Rodzoną i Cioteczną.

Siedzę. Siedzę. Siedzę…

E.

Najlepszy panieński świata tego

Nie wiem, jak to się stało. Że jest druga rano, a ja nie jestem na rauszu. Nie to, żebym codziennie o drugiej rano na rauszu bywała, nie… Ale chyba cały ten panieński sprawił, że wszystkie promile świata wyparowały, układając się w jedno, wielkie różowe serducho ze łzą wzruszenia w rowku.

Wróciłam i jestem w stanie pisać. O tym, że spotkałyśmy się na ulicy X i zaczęłyśmy dziwnie, od popularnej ostatnio rozrywki pod tytułem escape room. Zanim wyszłam, wyjaśniłam Jedynce, że prośba „Ciociu, ale zabierz mnie ze sobą na ten panieński”, była nie na miejscu, bo „Przecież jesteś facetem”. Wyszła z tego smutna konkluzja, że w takim razie wezmę Dwójkę, ale uspokoiłam, że nie, że Dwójka nie chce, bo ogląda bajkę. Happy end.

Trochę się bałam mieszanki wybuchowej, Rodzona i Nałogi? Równik z biegunem? Żyd z gojem? Jakoś tak? Zagadkę w escape room jednak rozwiązałyśmy, ciekawe doświadczenie. Kiedy wyszłyśmy dostałam informację, że „teraz spacer”.

A przecież byłam na obcasach…

Najpierw był budynek, gdzie mieściła się knajpa Alabama, licealne sylwestry, osiemnastki… Szłyśmy sobie wokół i ja się napawałam samym widokiem i kiedy usłyszałam gitarę i usłyszałam komentarz „Ooo, ktoś gra”, to oparty o ścianę J. naprawdę został przez sekundę uznany mocą zdumionego umysłu za przypadek. Dopiero tekst powoli dochodzących do mnie słów piosenki na temat implikacji i negacji i transcendencji otrzeźwił.

Wgapiałam się w dziewczyny i w J. na zmianę, on dośpiewał, co miał dośpiewać, wyściskał i sobie poszedł. Ja dostałam pierwszą serię pytań na temat H. Część testu oblałam, ale warunkiem uzyskania wskazówki na temat kolejnej części spaceru było uzyskanie 75 proc., tyle miałam. Zagadkę odgadłam i poszłyśmy na Strefę, tam, gdzie przed każdymi lekcjami się widziałyśmy, codziennie, przed maturą też.

To tam związano mi oczy, człowiek ze związanymi oczami prowadzony miastem pełnym turystów (bo akurat w Lublinie Carnival Sztukmistrzów) czuje się jak debil. Czułam się, nie wiedziałam, gdzie idziemy, schody, kraty, zapach, chustka z twarzy zdjęta i jestem w swoim… liceum. Podobno kolejnym punktem programu miał być mój nauczyciel, ale nie dojechał. Mój ulubiony, rzecz jasna i – rzecz zupełnie niejasna – od… religii.

Seriously.

Poszłyśmy (tak, rozwiązałam kolejną rymowaną zagadkę z serii „Gdzie teraz?”) na UMCS, pod Wydział Filozofii. Tak, byłam zdumiona, że następną zadaje mi za pomocą puszczonego w telefonie filmiku… mój własny, prywatny H. Zagadka, której nikt na świecie by nie zgadł, zagadka-kod, nasz, nasz własny, związany przecież właśnie z Wydziałem Filozofii. W ten sposób odgadłam, gdzie idziemy następnie i znalazłam się na kolacji, na której czekała jeszcze jedna przyjaciółka z LO, pozanałogowa, ale jednak. Tam wyjęty został laptop i puszczony filmik. Na mój temat, ze mną w roli głównej. Seria zdjęć, których nie kojarzyłam już, filmików nagrywanych pierwszymi telefonami, wśród nich bezcenny materiał, na którym mówię, że „z tego coś będzie, nie tylko łóżko”. Ciekawe, o kim mowa… Bo ja wiem i jestem szczęśliwa, że wiedziałam to już wtedy.

Nie przesadzacie, dziewczyny? Pytam zdumiona, zachwycona, wzruszona, przejęta. Wciąż na obcasach. Chyba nie, ostatnim punktem programu, po kolacji, była po prostu dyskoteka. Nie, nie polubiłam dyskotek. Chciałam się pobawić, ale po godzinie już mi się nie chciało. Wtedy też spotkałam koleżanki z tak zwanej podstawówki. Ale to już naprawdę przez przypadek. Buty paliły do żywego, a ja byłam tak zmęczona i taka szczęśliwa. Że aż sama nie wiem, czy to mi się nie śniło.

Druga rano. Lublin. Miłość.

E.

Każdy człowiek zasługuje na szacunek, ale czasem na mniejszy


A ponoć moim krewnym był żołnierz-poeta
Co za Kościuszki szyj chciał biskupów, magnatów;
Ach czyżbym po nich przejął jakobiński nietakt
I czci brak dla błękitnej krwi i purpuratów?

Jacek Kaczmarski, Drzewo genealogiczne


Kiedy przyjechałam do Warszawy jako mała, zalękniona życiem suczka z gatunku homo sapiens, czekałam na H., który miał dojechać. Czekając, znalazłam swoją pracę, na temat której wszyscy mi wmawiali, iż jest moją pierwszą pracą na serio, a ja wierzyłam, zagłuszając swój instynkt. Instynkt podpowiadał mi, że zlecone godziny na uczelni i korepetycje też były serio.

Ale wtedy byłam za głupia na słuchanie instynktu.

Praca była w stowarzyszeniu organizującym festiwale filmowe. Na festiwale składają się konkursy, pokazy specjalne i warsztaty. Pracowałam przy tych pierwszych, głównie jako mieszanina hostessy z sekretarką, choć moje stanowisko nazywało się mądrzej i ładniej. Odpowiedzialna byłam za gości i za biurokrację. Goście byli ważni i znani, a ja byłam ich pierwszym kontaktem, strażnikiem, koordynatorką transportu i osobą, z którą jadali obiady w eleganckich restauracjach, zabawiani moim żałosnym small talkiem.

Jedni traktowali mnie jako osobę do towarzystwa, inni jako służącą. Mieli znane nazwiska, a ja na ogół musiałam ich googlować, gdyż prawie nie chadzam do kina i znana buźka to dla mnie terra incognita. Najważniejsze okazało się jednak to, że statystycznie na dziesięć nabytych w ten sposób kontaktów, obdarzałam sympatią dwie osoby. Wielu nie znosiłam, ale byłam za głupia na instynkt, bo to kochanie, córeczko twoja pierwsza praca na serio.

Aha…

*

Minęły trzy lata. Ze stowarzyszeniem rozstałam się, z założeniem, że możemy współpracować od czasu do czasu. Pamiątką po pracy stałej tam właśnie są rozognione wrzody i wspomnienie sytuacji, które być może na wyrost uważam za upokorzenie, ale jednak uważam. Szef bowiem kazał mi realizować w praktyce wyobrażenia gości na temat tego, czym jest gościnność. Nawet jeśli te wyobrażenia były bardzo odległe od moich.

VIP-ów od tamtego czasu nie lubię z założenia, zakładając, że już aby się nim stać, trzeba być trochę chorym na głowę, choć myśląc tak, jestem niesprawiedliwa – wszak pan Janusz, Paweł, Agnieszka, Wojtek, Antek i Mateusz są świetni, byli świetni. Tylko że na siedem festiwali, na których miałam po sześciu-ośmiu „gości specjalnych” ta garstka to niewiele.

W tym roku pojechałam w innym charakterze, pod moją kuratelą były warsztaty. Pod kuratelą logistyczną, rzecz jasna, bo nauczyć to ja nie nauczę w materii filmowej nikogo i niczego. Było dużo młodzieży, sześćdziesiąt sztuk z czterech państw europejskich. Przepychałam się z nimi nieraz, bo zniszczyli wykładzinę w hotelu, nie dość intensywnie spieszyli się na autobus, nie zawsze sprzątnęli po swoim obiedzie dowożonym im na plan, no i dwukrotnie wylądowali wraz ze mną, jako tłumaczem, u lekarza. Widziałam więc francuskie obnażone pośladki, bo lekarka upierała się, że ona ani be ani me i mam zostać, a raz po drodze zgubiłam trzech Węgrów, szczęśliwie jednak odnalezionych.

Czy się irytowałam, czy byłam spokojna, jedno było faktem – warsztatowicze używali słowa „dziękuję” kilka razy dziennie. Niektórzy kilkanaście.

*

Dwa dni przed zakończeniem festiwalu koleżanka opiekująca się VIP-ami spadła ze schodów, skręcając sobie spektakularnie kostkę. Przejęłam jej obowiązki, doprowadzając się do stanu chodzenia na czworakach, ale mus to mus, a dla niej bym zrobiła wiele.

Tylko że na pięć osób cztery były okropne. W jaskrawym zestawieniu z młodymi uczestnikami warsztatów uznałam, co następuje: to był ostatni raz. Mogę pracować po kilkanaście godzin na dobę, mogę zachrzaniać, mogę biegać, mogę nie spać, mogę się poświęcać, ale mam w głębokim ciemnym rowku tych, którym świat wmawia, że są ważni, a oni nie są.

To znaczy są, bo każdy człowiek jest. Ale aby wywołać we mnie szacunek należy po prostu być przyzwoitym. Grzecznym, mądrym życiowo i inteligentnym. Wrażliwym i odpowiedzialnym. A tego nie uzyskuje się znaną gębą. Ani tytułem naukowym. Ani liczbą dyplomów. Ani stanowiskiem. I tego jako jednej z nielicznych w życiu rzeczy jestem tak cholernie pewna…

E.

 

Karteczka za wycieraczką

WP_20170623_002A z choinki urwałaś i odkryłaś, że ludzie nieuczciwi są, hmmm…? Tak zareagowałoby osiemdziesiąt procent społeczeństwa pewnie, gdybym opowiedziała, jak mi smuto, jak mi źle i szaro.

Od dawna nikt mi nie wierzy, że między innymi dlatego nie będę miała dziecka, a to „między innymi” to silny argument. Nie chcę wysyłać nikogo na ten świat obłudy i ponosić odpowiedzialność za to, że ten wysłany przeze mnie tu jest i musi patrzeć, a oczy zachodzą mu ropą.

Głupie zdarzenie. Stłuczka pod oknem, widziałem przez przypadek, facet chciał zwiać – nie pozwoliłam, zatrzymałam. Swoje odzyskałam. Miałam dużo niewygód z racji dojazdu do pracy ponad godzinę z tobołami, ale trudno, Fordzisław stał u mechanika… I kiedy po powrocie od tegoż, dzień później, został uderzony po raz kolejny, a ja znalazłam kartkę z numerem telefonu – ucieszyłam się. Powiedziałam do H., popatrz, ktoś uczciwy! Ale uczciwy nie był uczciwy. Numer okazał się fejkiem. A ja zyskałam szacunek do tego pierwszego, który jawnie uciekał. Przynajmniej nie odstawiał teatru przed ludźmi.

Jest mi smutno, jest mi szaro i czarno. Zawsze uważałam, że mój Dziadek to kombinator, Boże jaka byłam naiwna. Kombinator, bo potrafił kręcić, wymigując się od spotkania z kimś, z kim spotkać się nie chciał, albo usiłował zapłacić za coś mniej… Ale karteczki wtykał za wycieraczki z lewa i prawa, sama odbierałam w tej sprawie telefony i wydawało mi się to naturalne jak podtarcie tyłka. W jakiej ja doniczce wzrastałam, jacyż naiwniacy mnie wychowywali, co to za koszmarny świat objawia mi się nagle, kwant po kwancie? Chcę zwinąć się w kłębuszek, zawiązać w supeł nogi nad głową, wturlać się w tej postaci pod kołdrę i…

Nie…

E.

W miłości nie ma socjalizmu

Zaczniemy od absurdu, do którego ciężko mi się nawet przyznać, ale spróbuję, bo wszyscy mówią, że tłumienie jest złe.

Historia spod trzepaka

No więc uczę między innymi w szkole i patrzę, jak zmieniają się dzieci w klasie szóstej, gdyż zasadniczo patrzę – w metrze patrzę, na ulicy patrzę, na siłowni patrzę i podsłuchuję też, ze wszystkich sił. I ostatnio z patrzenia i słuchania wynikł pewien fakt: że Kacper lubi Amelkę.

Imiona zmienione na wszelki wypadek.

Poczułam się, jak ćwierć wieku temu: nie mogłam uwierzyć. Dlaczego akurat Amelkę? Ba, powiem więcej, wiedząc przecież, że przygląda mi się szereg psychiatrów z miasta stołecznego Warszawa i niewiele się przed nimi ukryje: poczułam zazdrość. Tę samą, którą czułam właśnie przed laty. Dlaczego właśnie ją? Milczącą, ze wzrokiem wpatrzonym w siną dal, powiedzmy sobie szczerze dość bez polotu wpatrzoną w tę siną dal. Wokół są przecież Gaja, Maja i Kaja, wesołe, ładne, szalone i błyskotliwe, czytające książki i zainteresowane lekcją. Ba, przecież sam Kacper jest błyskotliwy, czytający książki i zainteresowany lekcją i lubię go, szczerze go lubię. I chyba dlatego byłam zawiedziona, bo zazdrosna – w imieniu Gai, Mai i Kai. W imieniu własnym i rodzącego się buntu i bólu serca, wtedy, pierdyliard lat temu, kiedy moje piersi nie osiągnęły jeszcze obecnego rozmiaru i właściwie nie myślałam o Jacku i Placku jako o kandydatach na pierwsze przytulaski. Nie myślałam, ale kiedy dowiadywałam się, że Jacek i Placek po każdej przerwie spędzonej ze mną na trzepaku, siłowaniu się, ze wspólnymi żartami, dzieleniem się kanapkami i ciekawostkami z życia płazów, idą do Żanety i Anety, żeby na nie popatrzeć i podotykać niby mimochodem tu i ówdzie, był to cios. Bo ja wtedy nagle stawałam się dalece nieinteresująca.

Każdego dnia, o każdej godzinie.

Poznawałyśmy chłopaków, ja i M., ze mną rozmawiali przez świętej pamięci telefon stacjonarny, ale to z nią chcieli tańczyć wszyscy tego pieprzonego poloneza. Jacek miał inną parę, mój Jacek! I jego kolega Placek, też. A ja stałam i rozglądałam się wokół, myśląc, co u diabła, i nie chcąc mieć za parę Tomka, który nie wiedział, gdzie leży Rosja.

Tak, to był dramat.

Sprawiedliwość społeczna to kłamstwo. Miłość to kłamstwo także

H. mówi: i co się dziwisz? Kim ty sama się wtedy czułaś? Kobietą? Czy koleżanką. Koleżanką, odpowiadam nadal obrażona. Mimo, że z czasem coś tam się zmieniło, coś urosło, coś się przekręciło, kosmyk włosów sam zaczął nawijać się na palce, uśmiech zastąpił szczerzenie zębów, nie wiem. Albo hormony zaczęły walić drzwiami i oknami vel porami skóry wszystkimi. Tylko że sprawiedliwości jak nie było, jak nie ma.

Zdanie „W miłości nie ma socjalizmu” wypowiedziała kobieta mądra, inteligentna i dość znana, z którą przypadkiem jechałam Fordzisławem z Olsztyna do Warszawy, bo nie chciała festiwalowym mercedesem z kierowcą. A ja zapamiętałam jak chińskie przysłowie. No i, właściwie, dlaczego niby właściwie miałby być…?

Dlaczego oczekiwać, że jeśli zachwytem darzy się osobę X, osoba X będzie darzyła zachwytem mnie? Albo szacunkiem? Albo pożądaniem, o ile w kontekście „pożądania” można mówić o darzeniu. Miłość nie jest sprawiedliwa, niecierpliwa jest i szuka poklasku. Trudno. Wprawdzie daje hektolitry szczęścia, ale każe się tak strasznie ze wszystkim mierzyć…

A właśnie mierzyć nie wolno: ja ciebie w stu bajtach na kilometr kwadratowy, a ty mnie tylko w siedemdziesięciu, dlaczego? Bezsens, ale można zaakceptować. Nie można natomiast zaakceptować braku innej miłości, choć można już ją mierzyć, miłość własną, której się uczę za pieniądze i której mi wciąż tak brak.

Bo właściwie ja cały czas mam żal do Jacka i Placka. I wciąż czekam aż on mi minie, kładąc dłoń i na biuście i czekając, aż odnajdą mój numer i zadzwonią, aby powiedzieć, że się mylili.

Ja też gdzieś pojechałam

Gdybym pisała wciąż, to bym pisała to samo – że pracuję, że nie mam czasu, że nie mam siły i pomysłu. Kto tu wchodzi, by ziewał, by patrzył na zegarek, nudził się jak mops et wielkie cetera. Dlatego chciałam się pochwalić, że też gdzieś pojechałam i Jezusmaria, jestem już prawie podróżnikiem.

Ale nie, nie jestem. Jestem dupą wołową, choć wszyscy psychiatrzy zakazują mi tak o sobie mówić, myśleć i pisać też. Ale jestem. A było to tak…

W Elfce zakochałam się dziewiętnaście lat temu na obozie żeglarskim, kiedy razem jadłyśmy słodycze, a potem paliłyśmy papierosy i kąpałyśmy się nago na oczach wędkarzy naprzeciwko, bo niech sobie popatrzą. Pisałyśmy i na dobrą sprawę piszemy do siebie nadal długie listy i one rosną w stertę, bo jednakowoż dziewiętnaście lat to mnóstwo czasu, aby kolekcja rosła. Obecnie Elfka jest we Francji i pracuje w winnicy. Jest tak bardzo na swoim miejscu, że byłam przez cały wyjazd wzruszona jest kontaktem z naturą, skórą charakterystyczną dla ludzi stąpających po matce ziemi, jej nieustającą mądrością, rzeźbieniem z korków i miskami robionymi ze starych winyli. Ale od początku.

*

Piątek. Pojechałam na Okęcie taksówką i byłam za wcześnie. Spokojnie wykonywałam wszystkie ruchy z piciem kawy za horrendalną cenę włącznie, aby przed bramkami poczuć skurcz w sercu. Przecież ja mam przesiadkę w Zurichu. Przecież Szwajcaria nie jest w Unii. Przecież ja nie mam paszportu.

Otóż nie szkodzi, że nie jest. Ale wyobraźcie sobie ten kwadrans i garść zżartych przez stres komórek szarych i neuronów. Nie do odzyskania. A potem siedząc w samolocie zaczęłam się zastanawiać, czy Elfka powiedziała, że wyjedzie po mnie do Lyonu, czy ja założyłam, że to oczywiste…?

I tak dalej.

Niemniej na miejscu było pięknie od początku, przywitanie i podróż do Chagny, na wiochę wśród winorośli. I białe musujące na dzień dobry i odpoczynek, i spacer, i kolacja, i wieczór nad małą zatoczką, na trawie, z czerwonym i przekąskami. I niekończący się ciąg wzajemnego zrozumienia o charakterze wybitnie głębokim…

P1090871

*

Sobota. Wakacje. Winnice, degustacje, przyroda. Cytryny na drzewach, passiflora i kiwi. A przecież to od Polski tysiąc kilometrów zaledwie… I zakochana czuję się coraz bardziej, bo widzę, że francuskie babcie na wiosce otwierają ramiona i cieszą się, że ją widzą i rozmawiają o zbiorach, cały czas o zbiorach, wino się przewija, wino rządzi. Wino to życie. I mówią – nie do mnie, ale na mnie spada część splendoru, bo ja jestem leur amie – przyjdź kiedy chcesz, po co chcesz, cytrynki sobie zerwij.

P1090861

W samochodzie myślę, że moja miłość bierze się z zazdrości, że zawsze chciałam taka być, naturalnym uśmiechem rozkochiwać w sobie ludzi i umieć tak zawiesić piórko w rogu domu albo na lusterku samochodowym, aby wyglądało, że piórko musiało to wisieć, bo inaczej wszystko byłoby bez sensu. Tymczasem męczyłam się, gdy przyszli koledzy Francuzi i trzeba było rozmawiać, męczyłam się i dziś, gdy miałam zaplanować obiad i męczyć będę się jutro, gdy H. mnie zapyta, czemu nie wpadłam na to, jakby inaczej ustawić stół z krzesłami. Gen otwartej i uśmiechniętej gospochy ominął mnie szerokim łukiem i z każdym rokiem czuję, że oddala się, że już nie przykleję go sobie do naskórka, że nie i nie.

Tak, poszłam w prywatę, bo co Was obchodzą właściwie uliczki francuskich wioch i zdjęcia roczników `83 z zimnych, tajemniczych winnic. W przewodniku poczytajcie, bo ja jednak nie umiem o nich pisać. Zwłaszcza, że ważniejsze było gapienie się w niebo i przyjmowanie na skórę letniego już słońca, pozwalanie na to, aby prześlizgiwało się między palcami u rąk.

*

Niedziela. Jak sobota. Kolejne łąki i kolejne winnice. Francuska wieś jak najurokliwsze miasteczko. Gdyby ktoś zaproponował mi zwiedzanie kościołów, byłabym się pewnie rozpłakała. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko roweru.

P1090859

*

Poniedziałek. 6.15 pociąg do Lyonu. 7.45 szukanie tramwaju na lotnisko. Znalezienie tramwaju na lotnisko, piętnaście euro. Fuck you. Na lotnisku stres, bo lot opóźniony o 45 minut. Czyli kwadrans na przesiadkę. Halo, czy w Wiedniu będą na mnie czekać? Nie ma potrzeby, mówi pracownica lotniska, zdąży pani.

Potem podczas lotu przemawia pilot. Że jesteśmy spóźnieni i przesiadający się do Sarajewa niech biegną do bramki G coś tam, a do Zagrzebia do bramki J coś tam. Przepraszam, mówię do stewardessy, a Warszawa? Nie wie, ale twierdzi, że będzie dobrze, w piętnaście minut zdążę. Samo opuszczanie samolotu to kolejne siedem. A dalej – niespodzianka. Do bramek A-E na prawo, do bramek E-J na lewo. Tylko że ja muszę najpierw dowiedzieć się, do której mam iść. Biec. Pędzić. Cztery minuty. Daję lota. W połowie biegolotu nie daję rady, bo tego wina przez weekend to mogło być za dużo. Samolot do Warszawy unosi się, a wszyscy pasażerowie machają mi z góry i z drwiącym uśmiechem wskazują na mnie paluszkami.

Tak to przynajmniej wyobrażam sobie, gdy – wściekła – pędzę do informacji. Tam tłum się kłębi, a pracownica krzyczy, kto do Kanady, bez kolejki. Ja tylko do nieistotnej, jak widać, Warszawy. W kolejce dostaję numerek od pana, który uznaje, że wyglądam na tak zdenerwowaną, że mogę iść na jego miejsce, on poczeka. Prawie że nie płaczę ze wzruszenia, a potem z innego powodu, bo next to Warsaw za pięć godzin. Linie lotnicze ofiarowują mi voucher na obiad na dwie dychy w euro. Za to może się człowiek najeść. Obrażona kupuję rybę i dużo sałatek i buteleczkę wina. Potem spędzam czas na takich skórzanych leżankach, ale przynajmniej z doskonałą książką.

W Polsce wita mnie kłótnia na noże z taksówkarzem. Nie mam już siły i rezygnuję z walki o swoje, pozbywając się kolejnej porcji gotówki. I zmordowana wracam, aby za chwilę tęsknić. I pisać listy.

Także taka historia… Ale skoro jestem już podróżnikiem, będę pisać więcej. Normalnie tak. Często, no…

E.

 

Sama nie wiem, co najbardziej…

Trzymałam się planu. Tego od ferii w górę: wytrzymać do maja, nie przesadzić, opanować drżenie rąk i  funkcjonować choćby po to, aby w pewnym momencie, coraz mniej odległym, móc zacząć robić wreszcie to, co się kocha. Tylko maja coraz bardziej nie było i nie było, a ja zapomniałam, jak ciężko znoszę powroty zim, nie doceniłam niezależności ducha i emocji od zdrowego rozsądku, zignorowałam potencjalne istnienie okoliczności zewnętrznych w kolorze sinym.

Ludzie znani i nieznani umierają, gdy ktoś nie jest ci bliski, to – poza szokiem – więcej zostaje zagadki metafizycznej niż żalu, uczucia zdziwienia, że pan osiemdziesięciolatek spod piątki był i przestał być, jak to…? Tak to. Tylko że Studentka była piękna i młoda, młodziutka. Jej licencjaty, dwa, i magisterkę jedną pisałyśmy właściwie razem, bo przez te kilka kierunków i pracę zawalona była też inną robotą, jak każdy dziś. Dlatego drugiej magisterki nie zdążyłyśmy. Rach, szast prast, sucha kostucha, światło w środku dnia.

Ja już od wielu lat jestem człowiekiem świadomie śmiertelnym, jestem ciągłym memento mori nie tylko umysłem, ale ja się budzę i wiem: to tylko na moment. Ale ta wiedza od momentu jej śmierci wlazła mi w twarzoczaszkę takim klinem, nie mogę ogarnąć własnych pytań do niej: po cholerę ci te licencjaty były, śliczna, po ciężką cholerę traciłaś CZAS? I cieknie mi między palcami cała rzeczywistość, H. mówi: niedługo będzie lepiej, tylko skończę grant, tylko ogarnę kwestię iks, a ty kwestię igrek, to wszystko się kiedyś uspokoi, może nawet zasłużymy na wolne wieczory, może na weekendy, ale nie teraz jeszcze. A ja wplątana w sieć zależności przestałam wierzyć, że maj w ogóle będzie.

Sama sobie zrób maj, powiecie mi. Sama… A ja kiwam głową, jednocześnie czując, że ta zależność moja i wplątywanie się w coraz to nowe historie to coś więcej. Że nie ma miejsca na maj, bo jego też się boję, bo jak pijak z Małego Księcia oddalam maj, by mieć do czego dążyć, muszę dążyć, bo inaczej zastygam w panice, więc żeby nie zastygać, to dążę, a im bardziej dążę, tym bardziej wiem, że nie zdążę.

Nikt nie zdąży.

E.

1 2 3