Najważniejsze książki mojego lata

1968-czasy-nadchodza-nowe-w-iext52378329

Najważniejsze trzy książki lata, które z różnych względów tańczyły mi po żołądku i grały na najwrażliwszych strunach. Nawet, jeśli coś im zarzucam, to jednak małe słowo boże o każdej, na zachętę – niezależnie od tego, że lato trwa jeszcze i smuci się pewne, że już je podsumowałam. Nie bądź naiwne, lato. Powoli zaczyna się zapełniać kalendarz, więc choć nie pozwolę sobie na życie takie, jakie było w zeszłym roku (nie, rok nie zaczyna się w styczniu), to jednak obawiam się, że literacko zaskoczyć mnie może co najwyżej jesień.

Nie, książki to nie są bułki z piekarni wyjęte rano i czerstwe wieczorem, nie czytuję wyłącznie nowości, a nawet drażni mnie ta newsofilia.

Nie kopiuję całości tekstu do posta, bo takie długie posty sprawiają, że Mark Zuckerberg siwieje.

  1. E. Winnicka, C. Łazarewicz, 1968. Czasy nadchodzą nowe

Najdziwniejsze stwierdzenie, jakie może paść z ust osoby uczącej historii to to, że nie wiem, jak łoni w ogóle uczo dzieci tej historii. No bo każdy wie, że w PRL-u to były strajki, nie bardzo wiedząc, czym różnił się pięćdziesiąty szósty od sześćdziesiątego ósmego a sześćdziesiąty ósmy od siedemdziesiątego, i na odwrót, i tak dalej. Co najwyżej 1968 kojarzy się – słusznie – z pewną narodową hańbą, nie zastanawiając się na ogół na temat jej skali, skutków i tyluż niuansów… Ewentualnie (ci bardziej prawi) wiedzą, że „to komuniści wygnali Żydów z Polski”. Najczęściej ci sami ludzie uważają, że nie należy mówić, że naziści wywołali drugą wojnę, tylko Niemcy – z czym ja się akurat zgadzam, bo to istotnie Niemcy wywołali II wojnę światową a Polacy wygnali własnych obywateli żydowskiego pochodzenia, a jeśli nie wygnali bezpośrednio, bo się nie identyfikowali z Gomułką, to słowem nie pisnęli w ich obronie – z Kościołem chrześcijańskim, miłosiernym na czele. Tak czy siak, bo się nie w to wikłam co trzeba: książka jest nietypowa, bo jest dość lekka, a jednocześnie o ważkich sprawach, i w tym sensie niezwykła. Jest historią poszerzającą horyzont jak jakiś super podniebny dron, choć nie jest encyklopedyczna i nie da podręcznikowej wiedzy – składa się z mnóstwa mini-historyjek, a każda z nich jest puzzlem do wielkiej panoramy z tego roku dziwniejszego niż pandemiczny 2020. Autorzy krążą od Anglii, Beatlesów i Rolling Stonesów i francuskich strajków do przejmujących, niezwykłych, jednostkowych historii z naszego rodzimego podwórka. I nagle olśniewa człowieka, że ta data jest tak wielka, tak brzemienna w znaczenia, że to trzeba wiedzieć. Trzeba. I że dopóki nie rozliczymy się jako naród z tym, co stało się wtedy, nie zapytamy rodziców i dziadków, jak mogło do tego dojść, to nie przeskoczymy pewnego etapu nigdy.

Tak, wiem. Pewnie nie przeskoczymy.

  1. M. Grochowska, Gidroyc. Do Polski ze snu

 

O to było trudne, nawet dla mnie – i ostatnie zdanie nie jest zadufaniem w sobie. Moja praca magisterska z historii była o konflikcie literatów po 1945 roku, więc miałam solidne zaplecze, bez którego szłoby mi o wiele bardziej opornie. Bardzo długo, nawiasem mówiąc, chciałam później tę magisterkę udoskonalić i wydać jako książkę, bo pewne możliwości się rysowały i zachęty były, i właściwie chciałam tego jeszcze miesiąc temu, ale po Giedroyciu już nie chcę, bo mi Grochowska zabrała temat, choć gryzła go z innej strony. Uprzedzam: książka jest trudna, chwilami nawet – przepraszam – toporna w swojej nowatorskiej składni, typowej dla współczesnego reportażu a tu przesadzonej, gdzie czasem właściwie równoważniki zdania każą się domyślać, czy to powiedział Miłosz, czy ktoś o Miłoszu, czy bohater rozdziału, o którym nie było już nic dwie strony z rzędu, czy to w ogóle cytat czy odautorski komentarz itd. Ale podczas czytania jej otwierała mi się klapka za klapką, podobnie jak w przypadku 1968 – niuanse i jeszcze raz niuanse, z których człowiek nie zdaje sobie sprawy. To, że inną grupę stanowili rewizjoniści z roku 1956 a inną (intelektualnie, postulatywnie, jakościowo) ci z 1968, to, że właściwie bardziej ugodowi byli inteligenccy katolicy niż oddolni, partyjni buntownicy, że wielu opozycjonistów ostrzegało przed infantylnym, endeckim katolicyzmem, który wróci i jego reprezentanci (sic!) będą bardziej niebezpieczni niż europeizujący i perfumujący się cywilizacyjnie postkomuniści. Tu rozdziały dzieliły się według ludzi i każda historia, bardzo wnikliwa, ludzka i osadzona w czasach naraz, otwierała oczy na różnice, na racje, których chwilami nie sposób było nie przypisać obu stronom. Więc warto się przemęczyć, przebić te pieprzone prawie 600 stron i ułożyć sobie na wszystko jeszcze raz, lepiej.

  1. T. Kwaśniewski, W co wierzą Polacy

 

Tak, wiem. To jakby książkę o ogrodnictwie ustawić między dwiema powieściami fantasy. Ale co ja poradzę na to, że także i ta kwestia jest dla mnie paląca, ważna, frapująca, powodująca autentyczną potrzebę wychylenia się przez okno i krzyczenia what the fuck, ludzie, what the fuck? Bo tak, Kwaśniewski krążył między wróżkami, jasnowidzami, pogromcami duchów (też są), egzorcystami i przeprowadzał z nimi rozmowy, które powoli układają z kolei układankę pod wielkim tytułem „Ty też znasz jakiegoś płaskoziemca”. Część jego „magicznych” rozmówczyń (akurat tak się złożyło, że damskie) zachwycała mnie błyskotliwością i tekstami typu „Za darmo jest tylko ser w pułapce” (na pytanie, czy bierze opłatę za swoje usługi) lub stwierdzeniami (wróżka Barbara), że ona odbiera inne częstotliwości i na przykład „pies też odbiera inne częstotliwości i nie uważamy przez to, że jest pierdolnięty”. Jawiły mi się czasem kobiety te (głównie) jako genialne businesswomen, a czasem jako te, które naprawdę uwierzyły, że czytają z kart, a mężczyźni bardziej jako totalne świry (a już egzorcysta, z którym rozmowa była najgorsza chyba, i pan Robertek – zupełnie odrealnieni). Ogólnie, gdy Kwaśniewski przywołuje między historiami statystyki itd., to rysuje się takie społeczeństwo, w którym na serio nie może już dziwić fakt, że poważni politycy, przedsiębiorcy i wykształceni ludzie płacą za rzucanie klątw, wróżby czy zabiegi pod tytułem „uzdrawianie jajem”. Część osób zarzucała autorowi zbytnią bekę i fobię na punkcie PiS-u (często powtarzający się wątek, gdy prosi o coś jasnowidza czy innego cudotwórcę to o polityczne kwestie wyrażające jego pragnienie zmiany władzy), ale ja go po pierwsze rozumiem, a po drugie akurat nie to mi przeszkadzało. Bardziej irytowały mnie te wstawki, że spotkał się z przyjacielem, a to z dobrą znajomą, a to z rodziną i za każdym razem ze zdziwieniem konstatuje, że oni też wierzą, „że w tych wróżbach coś jest” albo „kiedyś korzystali z usług” albo „przeżyli spotkanie z duchem”. Miałam cały czas na końcu języka pytanie: ale to zaraz, to nie znałeś przyjaciela wcześniej czy oczymście gadali zanim zacząłeś pisać książkę? Potem zaczęłam myśleć o swoich przyjaciołach i uznałam jednak, że (chyba?) na sześć przyjaciółek licealnych tylko jednej nie jestem pewna, przyjaciół płci męskiej zesłał mi los racjonalistami pełną gębą, a z żagli na trzy osoby też mooooże jedna by bała się rzucenia na nią klątwy na próbę. Po książce tej byłam smutniejsza, ale mądrzejsza. Rozumiem już, co w mojej przestrzeni robi nie tylko Rydzyk, ale i doktor Zięba, niebędący doktorem.

Światowy Dzień Poezji

Wszystkiego najlepszego!

 


 

Jacek Dehnel

Szczęście

                                 dla P. T.

W przyszłym tygodniu masz urodziny
za rok pewnie
już cię nie będzie.

M. Roberts, Lacrymae rerum

Być tą brzydką Angielką – chudą, podstarzałą,
niezbyt dobrą poetką; mieszkać w letnim domu
ze stygnącym mężczyzną (serce czy rak nerek –
przyczyny nieistotne). Wnosić mu po schodach
(wąskich, zawilgłych schodach) tacę ze śniadaniem
i siebie. Pisać: „W przyszłym
tygodniu – bzyk muchy –
– masz urodziny – znowu – za rok pewnie – krzyczy
z bólu – już cię nie będzie”. Iść do niego. Głaskać.
Leżeć z nim w wannie, płacząc. Patrzeć, teatralnie
ale przecież prawdziwie, przez okno na drzewa.
Mieć za sobą te lata, te listy, te flamy,
znać numer kołnierzyka, buta, obwód głowy.
Nie umieć się obejrzeć za innym mężczyzną.
Używać tamtych zwrotów, pieszczotliwych imion.
I udawać, że wcale nie jest gorszy w łóżku,
mając w pamięci tyle miejsc, razów, sposobów:
w hamaku, w soku z jagód, w pociągu pędzącym
z Wenecji do Nicei, na biurku wydawcy,
w bocznej salce muzeum. Przyjmować wizyty
przyjaciół i lekarzy. Kręcić kogel-mogel.
Nie móc udawać dalej i dalej udawać.

Lecz nade wszystko wiedzieć, że wszystko, co było
nie mogło, nie powinno być inaczej, z innym,
gdzie indziej, kiedy indziej – to właśnie jest szczęście.

Widziałeś całość. Teraz odchodzisz, powoli
skubiąc liście z gałęzi. Ktoś zasłania lustro,
ktoś dzwoni, ktoś rozmawia. Taca. Wanna. Łóżko.


Ewa Lipska

Widzę je wszędzie
1
Mogę urodzić dziecko. Ale
co mu pokażę oprócz
– autostrady
pędzącej z nadmierną szybkością
– wodospadu
zatrzymanego w skoku
– fotoplastikonu
obojętnego na wszystko.
Jak wytłumaczę mu
– że tylko popołudnia bywają
szczęśliwe
– że milczenie
jest najbardziej trafną odpowiedzią
– że zimy historii
zamrażają żywcem bohaterów.
Jak wytłumaczę mu
że my
dwudziestoczteroletni
wypuszczeni za kaucją ze żłobków
nie wypisani jeszcze z przedszkoli
należymy już do domu
starców.
Tracimy równowagę
na pustej przestrzeni.
Mojego dziecka nie ma. Ale
słyszę jego śmiech i widzę je wszędzie.
Widzę jak zjeżdża po poręczy schodów
które już dawno z siebie zeszły.
2
Moje dziecko fruwa po niebiosach.
Moje dziecko przychodzi mi na myśl.
Moje dziecko jest prześladowane.
Wciąż jest wzywane na świat.
Moje dziecko fruwa po niebiosach
o kulach. Nie ma nóżek. Nie nadeszły jeszcze.
Przechodzą dopiero przez miasteczko
Roanne w Burgundii.
Moje dziecko przychodzi mi na myśl.
Staje przede mną jak najwyższy szczyt w Alpach
którego nie zdobędę. Wyciąga rączki ze śniegu.
Patrzy zamarzniętą rogówką oka.
Moje dziecko jest prześladowane.
Wciąż wzywane na świat przez listy gończe.
Przez psy gończe. Przez urząd statystyczny.
Przez rękawiczki kupione z przeceny.
Na moje dziecko czekają już na ziemi
lata mojego dziecka.
A niebiosa uginają się
od nadmiaru poprzeczek.

Bolesław Leśmian

Szewczyk

W mgłach daleczeje sierp księżyca,

Zatkwiony ostrzem w czub komina,
Latarnia się na palcach wspina
W mrok, gdzie już kończy się ulica.
Obłędny szewczyk — kuternoga
Szyje, wpatrzony w zmór odmęty,
Buty na miarę stopy Boga,
Co mu na imię — Nieobjęty!

Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!

Boże obłoków, Boże rosy,
Naści z mej dłoni dar obfity,
Abyś nie chadzał w niebie bosy
I stóp nie ranił o błękity!
Niech duchy, paląc gwiazd pochodnie,
Powiedzą kiedyś w chmur powodzi,
Że tam, gdzie na świat szewc przychodzi,
Bóg przyobuty bywa godnie!

Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!

Dałeś mi, Boże, kęs istnienia,
Co mi na całą starczy drogę, —
Przebacz, że wpośród nędzy cienia
Nic ci, prócz butów, dać nie mogę.
W szyciu nic niema, oprócz szycia,
Więc szyjmy, póki starczy siły!
W życiu nic niema, oprócz życia,
Więc żyjmy aż po kres mogiły!

Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!


Czesław Miłosz

Moja wierna mowo

Moja wierna mowo,
służyłem tobie.
Co noc stawiałem przed tobą miseczki z kolorami,
żebyś miała i brzozę i konika polnego i gila
zachowanych w mojej pamięci.

Trwało to dużo lat.
Byłaś moją ojczyzną bo zabrakło innej.
Myślałem że będziesz także pośredniczką
pomiędzy mną i dobrymi ludźmi,
choćby ich było dwudziestu, dziesięciu,
albo nie urodzili się jeszcze.

Teraz przyznaję się do zwątpienia.
Są chwile kiedy wydaje się, że zmarnowałem życie.
Bo ty jesteś mową upodlonych,
mową nierozumnych i nienawidzących
siebie bardziej może od innych narodów,
mową konfidentów,
mową pomieszanych,
chorych na własną niewinność.

Ale bez ciebie kim jestem.
Tylko szkolarzem gdzieś w odległym kraju,
a success, bez lęku i poniżeń.
No tak, kim jestem bez ciebie.
Filozofem takim jak każdy.

Rozumiem, to ma być moje wychowanie:
gloria indywidualności odjęta,
Grzesznikowi z moralitetu
czerwony dywan podścieła Wielki Chwał,
a w tym samym czasie latarnia magiczna
rzuca na płótno obrazy ludzkiej i boskiej udręki.

Moja wierna mowo,
może to jednak ja muszę ciebie ratować.
Więc będę dalej stawiać przed tobą miseczki z kolorami
jasnymi i czystymi jeżeli to możliwe,
bo w nieszczęściu potrzebny jakiś ład czy piękno.


Martin Niemöller

Kiedy przyszli

Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było

Pandemicznie po raz pierwszy

aha

W najlepszym skeczu, najbardziej patetycznym wierszu, nie przyszłoby mi do głowy, że potrzebę powrotu do Spacji wygenerują nietoperze i wirusy. Życie jest kiepskim kawałem, bo myślałam, odkąd pamiętam, że będzie to raczej wojna, rozruchy polityczne, starcia z policją, czy coś w rodzaju Majdanu.

Myślę, że jestem kimś w rodzaju racjonalnej katastrofistki. Po jednej stronie mam matematykę i trzymanie się wiedzy o procentowej zachorowalności i procentowej umieralności, po drugiej – swój chory łeb, który jednak też jest jakoś tam racjonalny, ale po swojemu. Bo tak. Ludzkość w moim rozumieniu ludzkości wróciła do normy. Do strachu przed jutrem, do czarnych scenariuszy wygenerowanych przez fakty, przez dżumy, grypy hiszpanki, bolszewików, sraczki i przemarsze wojsk. Jesteśmy w domu, my dear homo sapiens. We are at home, my Europe. Do końca liczyłam jednak, egoistycznie, jak to bezdzietna z wyboru w XXI wieku, że może jednak mnie to ominie, te wszystkie przełomy? A jeśli nie ominą (patrz: Syria, patrz Majdan, patrz uchodźcy), to będą na tyle daleko, aby martwić się nimi ostrożnie…? A tu dupa.

Kilka luźnych uwag. Po pierwsze, z moją wiedzą historyczną i koncepcją człowieka daleką od uważania go za raczej za dobrego niż złego, zauważam bez zdziwienia, że jeszcze dwa tygodnie temu na apele ośrodków dla bezdomnych o środki czystości i wsparcie, zadowoleni z siebie filantropi pędziliby za złamanie karku i robili sobie selfie z proszkiem do prania na tle. Ja też, żeby nie było. Dziś – cisza. Dziś nie ma solidarności, w obliczu własnego strachu, własnych czarnych myśli, własnej dżumy. Fuck you, solidarity. Ważne, aby nie zachorował nikt z MOJEJ rodziny. Witamy cię na nowo, człowieku.

Po drugie, jestem głęboko zawiedziona sobą, swoją wyobraźnią idiotyczną, nieokiełznaną. Moje myśli skaczą bez kontroli umysłu jakby, między Camusową „Dżumą”, „Miastem ślepców” i „Ale z naszymi umarłymi” Dehnela. Nawet ta ostatnia pozycja, daleka od klasyki komedia, obciąża mi mózg, bo myślę o tych momentach, od których zaczynały się tego typu książki. Czyli od niby nic nie znaczącej wiadomości, która potem wraca jak mantra (że w Oranie znaleziono martwego szczura, bo tak się przynajmniej u Camusa zaczyna). Myślę o imprezie z Gn., sprzed trzech tygodni, jak powiedziała, gdy zamawiała wódkę i rozsiadaliśmy się w klubie, „a wiecie, że we Włoszech są jacyś ludzie zarażeni kornawirusem?”. A ktoś na to, obojętnie, nalewając: ale to Chińczycy? Dialog jak dialog, ważne, że on był, do ciężkiego, katolickiego diabła, TRZY TYGODNIE temu. Czyli jak będzie wyglądał mój kraj już za chwilę? Potem kadr w głowie zmienia się i wyobrażam sobie, jak nagrywam filmik video i się żegnam ze wszystkimi, ale nikogo już nie ma, the end. Nawet „Show must go on” nie mogę puścić, bo już nie działa net, a i show nie ma zamiaru go on. Potem zastanawiam się, kogo bym wybrała, do kogo jechać, jak wyjaśnić A., że muszę być w Lublinie, bo ktoś tam złapał wirusa, a ja nie chcę bez tego kogoś żyć na przykład. I takie tam. Potem piję wino, patrzę w lustro i pytam, kto cię idiotko tak wychował, przecież rodzice w miarę normalni…?

Po trzecie, dla mnie samej ciekawe bardzo i jakoś jednak optymistyczne w całym katastrofizmie, to to, że ja na co dzień żyję planem na ten tydzień, następny i jeszcze następny, i jak mam coś zmienić, to ja się denerwuję, ja nie chcę. Jestem tak głupia, że nawet jak zaplanuję weekend w Lublinie i się przeziębię dajmy na to, to choć nic konkretnego w Lublinie nie mam, to nie podoba mi się, że muszę coś zmieniać, jestem wtedy zdenerwowana, rozczarowana i wściekła. Teraz wiem, że nie pojadę na festiwal do Londynu, który był dla mnie jak grom serduszek, jak radość w formie skondensowanej. Wiersze już przetłumaczone na angielski, wszystko działa. A tu bach. Tylko że zamiast zawodu pojawia się nowa jakość, coś w stylu autentycznego „No i trudno”. Uczę się, jak to jest: poleżeć. Poczytać. Pożyć. Tylko jak, skoro ma się głupi łeb. Jak…?

A po czwarte nic mądrzejszego ponad to, co piszą lepsi ode mnie. Że nie wiem, gdzie trzeba mieć wrażliwość, empatię, podstawowe komórki mózgowe i wyobraźnię choćby pierwotniaka, aby łazić na kolanach, całować stópki Jezuska, babrać paluchy w kropielnicy i czekać aż Matka Boska jak zawsze obroni polski naród nasz, hej. Nie to co Włosi, Włochom Matka Boska się nie należy, bo oni nie mieli AK tylko Mussoliniego, no i Santo Subito niby był u nich, ale przecież jednak nasz. I nie wiem: czy naprawdę tych średniowiecznych trędowatych nie da się pociągnąć do odpowiedzialności za umyślne zarażanie…?

To ja głupieję, nie świat

Obiecywałam sobie dużo po prostowaniu przegrody nosa, obiecywałam sobie tydzień wolnego, tydzień wakacji w lesie, taki powiedzmy sobie spacer, świeże powietrze, a potem powrót do książki i ciepła domowego ogniska, hej. Zasadniczo koń by się uśmiał z planu, las może blisko, ale więcej w nim joggingu niż powietrza, o zieleni nie wspomnę, skoro grudzień. No i głupio bym się czuła z zaklajstrowaną gębą, na gipsie zamieszkało jeszcze obowiązkowe stado plastrów, każdy prześciga się z drugim, by być dłuższy. Na jedynym spacerze, na jaki się wybrałam, minęło mnie akurat przedszkole. Dzieci w ładnych parach, dwójka po dwójce rozdziawiały paszcze i patrzyły mi w twarz z rozbrajającą fascynacją pomieszaną z lekkim lękiem. Pomachałam im.

Obiecywałam sobie, jak ja mogłam sobie obiecywać cokolwiek…? Nigdy nie dotrzymuję tego, o czym zapewniłam samą siebie. Trzeba było powiedzieć to na głos, wezwać Mefisto i podpisać cyrograf.

Więc nie chodziłam do lasu, zbyt wkurwiona na to, że w obie dziurki ktoś wetknął mi po butelce od wina, ale od strony denka. Oddycham ustami, nic mnie niby mocno nie boli, ale gardło mam takie, jakby przebiegło się po nim stado dzikich zwierząt w skarpetkach, po których wcześniej dreptały po sawannie w porze suchej. I od siedemnastej w górę tracę cierpliwość, boli mnie głowa i chce mi się płakać.

A najgorsze jest to, że odkryłam, że to nie świat głupieje. Tak łatwo zawsze zwalać na świat, bierzesz i zwalasz. A tu nagle szok – ja jestem tym kawałkiem społeczeństwa, o którym wołają, gdy wołają coś o wtórnym analfabetyzmie. Od jedenastu dni, zamiast wpłacić datki na cele charytatywne, napisać ciąg dalszy ksiąg jakubowych lub co najmniej przeczytać dwie strony czegoś, co nie jest stulatkiem, który wyskoczył przez okno i zniknął, to ja:
– scrolluję treści, które mnie nie obchodzą,
– czytam nagłówki, a następnie starannie nie zaglądam do całości artykułu,
– włączam sobie film lub nagrywające się dzień w dzień Jeden z Dziesięciu (tak, Sznuk to jeden z niewielu alternatywnych kandydatów na męża), ale następnie słucham jednym uchem, bo postanowiłam właśnie sprawdzić, czy moi uczniowie mają konta na facebooku,
– myślę, co by zrobić na obiad i zamawiam gotowca.

Potem myję swoje ciało po kawałku, bo gips, omójboże, nie może być zmoczony. Potem nie mogę spać i tkwię w półśnie, w urywanym jakimś absurdzie. Jedenastą, zasraną noc. Każda komórka mojego ciała wyjdzie z tego eksperymentu oczadzona głupotą.

No i ja mu wtedy powiedziałam…

… o tym, jakie ma szczęście cholerne, że to właśnie ja. Nie sądzę, aby przejął moją perspektywę i uznał, że jest urodzony w czepku głębszym i osłodzonym bardziej niż dziecko empatycznych milionerów o dużym poczuciu humoru, ale się dowiedział o tych innych, moich koleżankach, z którymi mężowie nie mogą wymieniać się uwagami na temat pięknych nóg tej laski, co wysiadła z Alfa Romeo, bo już czują zagrożenie samym faktem ich istnienia. O tych innych, moich koleżankach, które nie pozwoliłybyProjekt bez tytułu, aby szafa w częściach i pudłach stała dwa miesiące, bo przecież nie zrozumiałyby, jak ważny jest właśnie ten artykuł, jego dokończenie. O tych innych, moich koleżankach, które nie lubią robić zakupów same i wyłącznie same. O tych innych, moich koleżankach, które wymagają męskiej obecności w kuchni, gotowania obiadów ramię w ramię, krojenia cebuli jednym nożem. O tych innych, moich koleżankach, które mają osobny pokój do kosmetyków i nie zrozumiałyby, że nienawidzisz zapachu lakieru do paznokci. O tych innych, moich koleżankach, które chcą wyjść, klubów, piwa w gronie roześmianych znajomych, a nie oglądać film przyrodniczy w dresie. O tych innych, moich koleżankach, które obrażają się na brak prezentu urodzinowego, imprezy niespodzianki, bo nie rozumieją, że czasem łatwiej jest powiedzieć, co by się chciało i wieczorem iść na wino. O tych innych, moich koleżankach, które nie godzą się na pomysł, aby zmiana opon leżała na ich głowie, a w ogóle to chyba płyny nie były dawno wymieniane.

O tych jeszcze innych, moich koleżankach, jednak nie opowiedziałam. Tych, które pieką ciasta, bo lubią, zawsze z zamrażarki wyjmą obiad po prostu do odmrożenia, hodują piękne kwiaty, odciągają od komputera w trosce o zmęczone oczy, wymyślają wakacje w Grecji i pokazują plan wycieczki, do którego nawet nie musi, ten inny, przykładać palca, a potem rodzą różowe dzieci i z płaczem wzruszenia obserwują razem z nim pierwsze stawiane literki, bo siedziały z nim cały wieczór.

O tym nie. Nie.

Fontanna

Nie był istotny powód, powodu może nawet nie było, a może był taki, że wszyscy, większość może, od czasu do czasu musi wyrażać emocje poprzez banał, czyli chlipanie i ostentacyjne ocieranie strumieni wody spływającej z kącika oczu przez płatek nosa do ust i na brodę. Nie różnię się od wszystkich niczym, więc poszłam i ja, pod fontannę, gdzie chlipałam nad życiem i przemijalnością, na zimny bruk, przechodzącego pieska, Warszawę i świat. Noc była, więc psów dużo, ich właściciele w panice wołali, do nogi, do nogi, bo bali się mnie, tego że psy podchodzą i trącają nosem a ja nie mówię tirlipirli piesku, a jaka to rasa, oj śliczny, tylko chlip i chlip. Potem podszedł jeden pan i spytał, czy może czegoś potrzebuję, ale nie potrzebowałam, powiedziałam, że tak sobie siedzę tylko. Pan powiedział, że nieprawda, że nie siedzę tak sobie i mogę mu wszystko opowiedzieć, ale ja nie miałam wiele do powiedzenia, gorzej, wszystko w potencjalnych słowach wydało się tak głupie, że próbowałam i nie wyszło, więc usiadł obok i opowiadał on sam, że alkohol, że praca w bibliotece, że zdrowie, że żona, no i sam zaczął w pewnym momencie tak to wszystko przez nos i tak siedzieliśmy jak para idiotów, potem powiedziałam do widzenia, dziękuję, że pan się dosiadł i poszłam, on został jeszcze, a właściciele wołali na psy, do nogi, do nogi, do nogi.

Tak to przegrałam turniej z twarzą

Wychodzi tomik. Przepraszam, w kręgach nie można „tomik”. Podobno infantylnie. Wychodzi książka poetycka. Pierwsza dwudziestka z internetu to kwestia dni, oczywiście znajomi kupują, bo ja intensywnie… chwalę się. Nie wiem, chyba bardziej czasownik ekscytuję jest na miejscu, choć zapożyczony, ale jeśli ktoś to nazwie chwaleniem, nie będę płakać.

Jest kilka spotkań, kilka takich, które będą się śnić jeszcze dekadami. Kilka zwyczajniejszych, tak sobie to nazwijmy. Wydawałoby się: przedsionki Edenu.

W tle toczy się życie. Gotowe na to, aby wylać na nie wiadro pomyj, narzekać do tego stopnia, że urosną wrzody i afty wokół jamy ustnej. Ja tak narzekam, niestety. Usiłuję oduczyć się, modlę się o uzdrowienie, ale nie mogę. Przegrywam. Nie mogę ustawić optyki life balance, satysfakcjonująca i dobrze płatna praca, czas na hobby. Nie mogę ustawić jej od kilku lat. Próbuję. Serce mówi mi co innego, rozum co innego, płuca co innego, mąż co innego. Bo ja bym mogła mieć albo tę dobrze płatną albo tę mającą sens etyczny i metafizyczny. A tymczasem mam obydwie i coraz bardziej wątpię w realizację tych pięknych, tęczowych planów, którymi żyłam od lat.

Tak chciałam skończyć „Wojnę literacką”…
Tak chciałam napisać większy kawałek prozy…
Tak chciałam pojeździć wreszcie na rolkach z ochraniaczami, które leżą w szafie nigdy nieodpakowane.

Rzucić szkołę. Tak, to by było najlepsze. Tylko czy ktoś może zrobić to za mnie? W sensie: za mnie pójść to powiedzieć. Wszystkich zainteresowanym.

E.

To nie jest kraj dla niegłaszczących ludzi

To mały coming out będzie. Zawsze okazuje się, że ktoś jest gejem albo #meetoo, ma związek z grupą wyizolowaną społecznie, stygmatyzowaną. Leczył się na alkoholizm lub dokonał aborcji.

Ja też kimś jestem.

Mały coming out będzie dla sportu. Pewnie ważny wpis dla mnie, choć czytają to ze dwie osoby, ale w sumie na liczbie mi nigdy nie zależało. A może inaczej: właśnie dlatego robię to tu, na FB jeszcze nie jestem gotowa i nie będę, bo po co mam być?

*

Dawno, dawno temu działo się wiele złych rzeczy. Byłam lubiana i każdy zapraszał mnie na urodziny.
Brzmi dobrze? Niesłusznie. Bo nie znosiła mnie jedna osoba.
Ja sama.

Odsuwałam to na bok konsekwentnie, bo chyba nie zdawałam sobie sprawy nawet z tego, że tak jest. Czasem tylko musiałam siebie samą przekonywać, patrz, zadzwoniła K. i G., a W. napisała, że beze mnie nie wyobraża sobie wyjazdu, a ciocia I. powiedziała, że jestem wyjątkowa, R. powiedział, że musi poznać moje zdanie, bo się z nim liczy, a J. tak fajnie i ciepło wyściskał po powrocie z wakacji. Takie wyliczanki zdarzały się każdego dnia prawie. Miałam ochotę je zapisywać, przywoływałam je, rozpamiętywałam, pieściłam się nimi. Każdego dnia musiałam siebie przekonywać, że jestem coś warta, bo ten, tamten i tamta, bo urodziny, smsy, listy i liczenie się z moim zdaniem. Bo inni.

Nie kłóciłam się z koleżankami, nie kłóciłam się z rodzicami, nie kłóciłam się z nauczycielami, w ogóle się nie kłóciłam. Czasem powiedziałam, co myślę. I gdy okazywało się to nie spotkało się z aplauzem, że niepopularne, że odebrane przez innych do siebie, że przykre, źle zrozumiane, to ja chorowałam. Fizycznie.
Nie ma tu hiperboli ani przenośni, ani nawet symboliki. Po prostu fizycznie.

*

A jednak nie da się zawsze przytakiwać. Od czasu do czasu ciało i emocje skumulowane nad żołądkiem kazały mi iść pod prąd. Wszyscy mieli koty, mnie ręce wyrywały się do psa. Czułam się jak homoseksualny Murzyn w Tennessee. Co robiłam? Owszem, szłam tam, gdzie mnie wołał instynkt.
Ale w ukryciu.
Niewierząca, pokłócona z wiarą oddzielnie i oddzielnie z instytucją, potulnie stałam w kościele na bożonarodzeniowej mszy, bo E., no chodź z nami. Pytana przez ciocię, babcię i wujka, czy lepiej mieć córeczkę czy chłopca, nie mówiłam, że nie planuję dzieci. Opowiadałam rodzicom z własnej woli o tym, co u mnie, ale tylko o tych wydarzeniach, co do których byłam pewna, że im się spodobają.

Kompromis to słowo z pozytywną konotacją, panie, ale co robić, skoro czułam się tak, jakbym czuła się dziś, obwieszczając światu, że obozy koncentracyjne były wyłącznie niemieckie, ale nie możemy wykluczyć, że trochę także polskie.
Czułam się jak gówno, innymi słowy. Wiecznie. Od poniedziałku do piątku i w weekendy. A już najgorzej przy tych, na których mi zależało. I to nie coraz mniej. Uczucie niewygodne jak przyciasne spodnie nie zniknęło z pryszczami. Przeciwnie, zaczęło nasilać się wraz z utratą kolagenu, podobno następuje to powyżej oczka, czytaj: lat 21.

*

To nie był tragizm Antygony, wojna, głód czy pożoga. Dało się żyć i jakoś żyłam, dopóki nie musiałam podjąć najważniejszych decyzji życia komuś wbrew. I nastąpił kryzys, którego szczegółów oszczędzę i o którym w ogóle nie wiedziałam, że ma cokolwiek wspólnego z moim wiecznym, ale proszę, nie gniewaj się na mnie, przyznam ci rację, ale nie może być niemiło, tylko nie niemiło! W każdym razie skończyło się wenlafaksyną i na wszelki wypadek jeszcze hydroksyzyną.

*

Nigdy nie wierzyłam w ideę terapii, była dla mnie śmieszna jak trąba słonia, naciągana jak opowieści Macierewicza i przereklamowana jak życie bez cukru. Ale czepiłabym się wtedy wszystkiego. I nie, nie przeszłam na ciemną stronę mocy, nie sądzę, że „każdy powinien kiedyś iść”, nie sadzę, aby miała wpływ na tę nieuchwytną, metafizyczną część człowieka, w ogóle nie sądzę. Po prostu po jednej beznadziejnej próbie i drugiej równie beznadziejnej trafiłam na trzecią.

Nie, nie olśniło mnie, że matka nie dawała mi piersi, a ojciec nigdy nie pytał, jak się czuję, a dziadek nie dał wtedy cukierka i przez to jestem taka i śmaka. W ogóle niczego się o sobie nie dowiedziałam nowego. Ale zostałam nauczona pewnych mechanizmów, właściwie to zostałam niejako wytresowana jak pies do aportu i podawania łapy. Miałam tylko wychwytywać każdy moment skurczu w żołądku i naprawiać go natychmiast. Każdy skurcz wywołany nieszczerością, brakiem odwagi, tego i owego, że ja to sądzę inaczej, a w ogóle to nie rozbawił mnie ten żart, sądzisz więc, że jestem drażliwa na swoim punkcie? Może i tak, ale skoro jestem, to po co żartować?

*

Wydawałoby się, że wszystko się sypnie. Nie sypnęło. Jest lepiej.

Tak, bywało niemiło, raz to „niemiło” tylko oczyszczało atmosferę, bardzo rzadko zatruło. Ostatnio zatruło. I znów byłam spanikowana, że coś spieprzyłam, że dałam dupy, że przesadziłam i… nie.

Nie. Jak Paolo Coelho albo elektroniczny kreator złotych myśli, po pewnej burzliwej dyskusji, dochodzę do wniosku, że, uwaga: Lepiej być w niezgodzie ze znajomym niż z samym sobą.

*

The end.

Happy end.

All inclusive cz. II. O hotelach i podróżach

Właściwie co można pisać, skoro jeszcze jest się w szoku i jeszcze się nie rozumie, że naprawdę siedzi się w samolocie i wraca? Określiliśmy wspólnie tę podróż jako nie turystyczną a duchową, no i taka była, choć właściwie nie wiem, czy większość podróży z zasady na tym nie polega. Moich chyba tak, jednak. Dupa ze mnie, nie turystka.

Kilka razy chciało mi się płakać, ale to był taki płacz działający na zasadzie płynącego prądu w zabezpieczonym kablu, prześwietlała mnie bolesna jasność, kij z patosem, a potem w oku gromadziła mi się sól. Tak było, gdy żyrafa zjadła mi z ręki jabłko. Gdy w wysokiej skale odkryliśmy dziurę: jak się przez nią patrzyło, oglądało się fale wpadające z hukiem na kamienną ścianę. Gdy drogę zaszedł mi wielki, czerwony krab. Gdy zaskoczył nas przypływ i drogę powrotną pokonywaliśmy po kolana w wodzie, a ocean chlustał nam falami prosto do uszu, na okulary i przeciwsłoneczne kapelusze.

Nigdy nie miałam takiej podróży. Moje wędrowanie, ograniczone i dość rzadkie, to wieczna samotność z walizką w ręku, samotne polskie hotele, zielone agroturystyki, lotniska, stresujące przesiadki, spotkania w portach i miejscach docelowych z długo niewidzianymi, pięknymi kobietami, którym powoli zaczynają wokół oczu pojawiać się drobne kreseczki, których jeszcze nie było, gdy widziałyśmy się po raz ostatni. To informowanie H., że jestem, jestem, dotarłam. Nigdy nie myślałam, że można podróżować we dwoje inaczej niż rowerem, bo wydawało się, że moje lotniska, pociągi i walizki to nasze wspólne fatum. Właściwie dziwnie się czuję, gdy ktoś ze mną jest. A przecież nie potrafiłabym – chyba – sama przeżyć złotego piasku, winorośli w wulkanie, słońca prażącego skórkę oceanu jak gorący olej praży nieraz bezbronne orzeszki.

20171229_122714 20171229_15493520171230_10240420171223_133254

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tylko płaszczki się nie udały, moje myślenie życzeniowe, H. usłyszał, że jak ktoś ma szczęście to w basenie portowym są płaszczki wielkości blatu, które chętnie jedzą bułkę z ręki, a ja usłyszałam po prostu, że w basenie portowym są płaszczki wielkości blatu, które chętnie jedzą bułkę z ręki, stąd wyprawa do oddalonego w sumie sporo miejsca, krążenie wokół jachtów i statków, wyszukiwanie na google grafika płaszczek, pokazywanie ich autochtonom i zadawanie pytania po polsku: gdzie? gdzie? Tam, odpowiadali oni i wskazywali miejsce na wodzie, ale żadnego tam w efekcie nie było.

I ten hotel inny taki, jasny i radosny, podczas gdy moje hotele to przecież lekki niepokój, zamykanie z trzaskiem nieoswojonych nigdy jedynek, sprawdzanie kaloryferów, patrzenie w sufit, układanie sobie celu i sensu obecności siebie tutaj właśnie. A razem, na Fuercie, nie ma co układać, po prostu jest się, jest i wyciąga ramiona do słońca. Come to me honey, come to me.

No i przyszło. Moja skóra zbrązowiała, zakryła tę piekącą biel, która tylko czeka aż wyleźć, jak zadrapania i wybrzuszenia pod farbą. I pewnie wyjdzie już za tydzień, za dwa. Pewnie wyjdzie.

All Inclusive, część pierwsza

To właśnie ten typ wakacji, o którym myślisz, że jest dla innych. Do czasu. Do czasu, gdy z własnej woli, woli, pfff, mało powiedziane, siłą własnej, osobistej perswazji, nagle pozwalasz sobie włożyć opaskę na nadgarstek i rozglądasz się, gdzie te drinki.

Przyjechaliśmy w czwartek. Chciałam, aby moim problemem było to, gdzie siąść, na leżaku czy piasku. Wybłagałam. Kupiłam dla H. koszulkę z palmą i napisem Take me to San Escobar, sobie kiecę w paski (Anna!). Pieniądze ze ślubu plus moje ostatnie pracowe szaleństwa, dzięki którym może i poczułam się krezusem, ale jednak umierającym krezusem. Kolacja, ogarnianie wielkiego hotelu, gubienie się, kiwanie głową, nauka nowych zasad, wkurzanie się na angielski Hiszpanów, ot dzieci z Lubelszczyzny i Pomorza w nowym świecie. Czwartek minął na piciu alkoholu i rozglądaniu się.

W piątek obudziło mnie słońce i cholerny ból głowy, wzięłam apapy, nałożyłam na talerz górę żarcia, włożyłam kostium kąpielowy i czapkę świętego Mikołaja, wzięłam Twardocha i nastąpił etap pod tytułem plaża. Nie umiem na plaży leżeć, ale umiem na plaży czytać, słońce gładziło mnie po plecach, H. wchodził do oceanu. „Król” wciągnął tak samo jak onegdaj „Morfina” i „Drach”. Kocham tego śląskiego buca. Nic na to nie poradzę. Jego zimna proza przypomina trochę oddech śmierci, trochę uspokaja: więc jednak nie jestem taką nihilistką, są gorsi.

Po plaży na zmianę spałam i leżałam, byliśmy też na spotkaniu z rezydentką. Ziewałam chwilami, gdy proponowała to i owo z tak zwanych atrakcji, mazałam kółka po kartce papieru, ale nagle doszło do mnie, że na wycieczce do Morojable (vel Moro Jable) można zobaczyć płaszczki wielkości stołowego blatu. Jęknęłam. Pisnęłam. Dopytałam. Dowiedziałam się. Że wielkie, że podpływają, że można je karmić bułką i na pewno zjedzą. Bez mrugnięcia okiem odłożyłam górę euro na płaszczki. Kolejne na saunę, bo Kanary Kanarami, ale wieczory chłodne.

W sobotę poszliśmy na długi, abstrakcyjny spacer, jarając się jak sześciolatek świętym Mikołajem. Wydawałam dźwięki. Dużo dźwięków. Wulkaniczne kamienie pokryte mchem wyglądały jak wielki brokuł. Szłam więc po brokule, słońce wskazywało mi promiennym paluszkiem szlak. Wiało tak, że chciałam zrobić latawiec z ręcznika i odlecieć wpizdu. Wyjaśniłam mojego kulturalnemu mężowi, czym jest „wpizdu”. Że właściwie wszystkim. Wulkany na horyzoncie przyspieszały bicie serca, ale tętno regulowało wciskanie stóp w piasek. Kilka wspięć, przeskoków, odpoczynków, nogi poczuły.

20171223_110448 20171223_125035

W niedzielę odkryłam, że jednak nie jestem alkoholiczką, bo na myśl o białym winie zrobiło mi się lekko mdło. Wypożyczyliśmy rowery, upewniając się na własnej skórze, że Fuerteventura nie jest rajem rowerzystów. A mimo to, gdy w pustynnym krajobrazie z triumfem, ubabrana smarem sama włożyłam łańcuch, który zleciał był od nadmiaru kamieni, poczułam, że jeśli nie byłabym tu, mogłabym tylko być przy rodzinnym stole i śledziu w śmietanie z jabłkiem. Żadne nadęte europejskie miasta pełne ludzi i obrażonych na świat zabytków nie dałyby mi tej euforii.

20171224_122135

Potem tylko połączyłam się messangerem z Lublinem. Rozmowa i kamerka. Używałam aplikacji dodając sobie co chwila rysunkowy uśmiech, czapkę Mikołaja, nos renifera albo animowane łzy. Rechotaliśmy z tego z tatą jak idioci, potem mi się trochę zachciało płakać tak na serio i bez animacji, w efekcie uznaliśmy, że ja żałuję, że nie ma mnie tam i oni też, ale także tego, że nie ma ich tu. Oni też.

E.

1 2 3