W miłości nie ma socjalizmu

Zaczniemy od absurdu, do którego ciężko mi się nawet przyznać, ale spróbuję, bo wszyscy mówią, że tłumienie jest złe.

Historia spod trzepaka

No więc uczę między innymi w szkole i patrzę, jak zmieniają się dzieci w klasie szóstej, gdyż zasadniczo patrzę – w metrze patrzę, na ulicy patrzę, na siłowni patrzę i podsłuchuję też, ze wszystkich sił. I ostatnio z patrzenia i słuchania wynikł pewien fakt: że Kacper lubi Amelkę.

Imiona zmienione na wszelki wypadek.

Poczułam się, jak ćwierć wieku temu: nie mogłam uwierzyć. Dlaczego akurat Amelkę? Ba, powiem więcej, wiedząc przecież, że przygląda mi się szereg psychiatrów z miasta stołecznego Warszawa i niewiele się przed nimi ukryje: poczułam zazdrość. Tę samą, którą czułam właśnie przed laty. Dlaczego właśnie ją? Milczącą, ze wzrokiem wpatrzonym w siną dal, powiedzmy sobie szczerze dość bez polotu wpatrzoną w tę siną dal. Wokół są przecież Gaja, Maja i Kaja, wesołe, ładne, szalone i błyskotliwe, czytające książki i zainteresowane lekcją. Ba, przecież sam Kacper jest błyskotliwy, czytający książki i zainteresowany lekcją i lubię go, szczerze go lubię. I chyba dlatego byłam zawiedziona, bo zazdrosna – w imieniu Gai, Mai i Kai. W imieniu własnym i rodzącego się buntu i bólu serca, wtedy, pierdyliard lat temu, kiedy moje piersi nie osiągnęły jeszcze obecnego rozmiaru i właściwie nie myślałam o Jacku i Placku jako o kandydatach na pierwsze przytulaski. Nie myślałam, ale kiedy dowiadywałam się, że Jacek i Placek po każdej przerwie spędzonej ze mną na trzepaku, siłowaniu się, ze wspólnymi żartami, dzieleniem się kanapkami i ciekawostkami z życia płazów, idą do Żanety i Anety, żeby na nie popatrzeć i podotykać niby mimochodem tu i ówdzie, był to cios. Bo ja wtedy nagle stawałam się dalece nieinteresująca.

Każdego dnia, o każdej godzinie.

Poznawałyśmy chłopaków, ja i M., ze mną rozmawiali przez świętej pamięci telefon stacjonarny, ale to z nią chcieli tańczyć wszyscy tego pieprzonego poloneza. Jacek miał inną parę, mój Jacek! I jego kolega Placek, też. A ja stałam i rozglądałam się wokół, myśląc, co u diabła, i nie chcąc mieć za parę Tomka, który nie wiedział, gdzie leży Rosja.

Tak, to był dramat.

Sprawiedliwość społeczna to kłamstwo. Miłość to kłamstwo także

H. mówi: i co się dziwisz? Kim ty sama się wtedy czułaś? Kobietą? Czy koleżanką. Koleżanką, odpowiadam nadal obrażona. Mimo, że z czasem coś tam się zmieniło, coś urosło, coś się przekręciło, kosmyk włosów sam zaczął nawijać się na palce, uśmiech zastąpił szczerzenie zębów, nie wiem. Albo hormony zaczęły walić drzwiami i oknami vel porami skóry wszystkimi. Tylko że sprawiedliwości jak nie było, jak nie ma.

Zdanie „W miłości nie ma socjalizmu” wypowiedziała kobieta mądra, inteligentna i dość znana, z którą przypadkiem jechałam Fordzisławem z Olsztyna do Warszawy, bo nie chciała festiwalowym mercedesem z kierowcą. A ja zapamiętałam jak chińskie przysłowie. No i, właściwie, dlaczego niby właściwie miałby być…?

Dlaczego oczekiwać, że jeśli zachwytem darzy się osobę X, osoba X będzie darzyła zachwytem mnie? Albo szacunkiem? Albo pożądaniem, o ile w kontekście „pożądania” można mówić o darzeniu. Miłość nie jest sprawiedliwa, niecierpliwa jest i szuka poklasku. Trudno. Wprawdzie daje hektolitry szczęścia, ale każe się tak strasznie ze wszystkim mierzyć…

A właśnie mierzyć nie wolno: ja ciebie w stu bajtach na kilometr kwadratowy, a ty mnie tylko w siedemdziesięciu, dlaczego? Bezsens, ale można zaakceptować. Nie można natomiast zaakceptować braku innej miłości, choć można już ją mierzyć, miłość własną, której się uczę za pieniądze i której mi wciąż tak brak.

Bo właściwie ja cały czas mam żal do Jacka i Placka. I wciąż czekam aż on mi minie, kładąc dłoń i na biuście i czekając, aż odnajdą mój numer i zadzwonią, aby powiedzieć, że się mylili.

Ja też gdzieś pojechałam

Gdybym pisała wciąż, to bym pisała to samo – że pracuję, że nie mam czasu, że nie mam siły i pomysłu. Kto tu wchodzi, by ziewał, by patrzył na zegarek, nudził się jak mops et wielkie cetera. Dlatego chciałam się pochwalić, że też gdzieś pojechałam i Jezusmaria, jestem już prawie podróżnikiem.

Ale nie, nie jestem. Jestem dupą wołową, choć wszyscy psychiatrzy zakazują mi tak o sobie mówić, myśleć i pisać też. Ale jestem. A było to tak…

W Elfce zakochałam się dziewiętnaście lat temu na obozie żeglarskim, kiedy razem jadłyśmy słodycze, a potem paliłyśmy papierosy i kąpałyśmy się nago na oczach wędkarzy naprzeciwko, bo niech sobie popatrzą. Pisałyśmy i na dobrą sprawę piszemy do siebie nadal długie listy i one rosną w stertę, bo jednakowoż dziewiętnaście lat to mnóstwo czasu, aby kolekcja rosła. Obecnie Elfka jest we Francji i pracuje w winnicy. Jest tak bardzo na swoim miejscu, że byłam przez cały wyjazd wzruszona jest kontaktem z naturą, skórą charakterystyczną dla ludzi stąpających po matce ziemi, jej nieustającą mądrością, rzeźbieniem z korków i miskami robionymi ze starych winyli. Ale od początku.

*

Piątek. Pojechałam na Okęcie taksówką i byłam za wcześnie. Spokojnie wykonywałam wszystkie ruchy z piciem kawy za horrendalną cenę włącznie, aby przed bramkami poczuć skurcz w sercu. Przecież ja mam przesiadkę w Zurichu. Przecież Szwajcaria nie jest w Unii. Przecież ja nie mam paszportu.

Otóż nie szkodzi, że nie jest. Ale wyobraźcie sobie ten kwadrans i garść zżartych przez stres komórek szarych i neuronów. Nie do odzyskania. A potem siedząc w samolocie zaczęłam się zastanawiać, czy Elfka powiedziała, że wyjedzie po mnie do Lyonu, czy ja założyłam, że to oczywiste…?

I tak dalej.

Niemniej na miejscu było pięknie od początku, przywitanie i podróż do Chagny, na wiochę wśród winorośli. I białe musujące na dzień dobry i odpoczynek, i spacer, i kolacja, i wieczór nad małą zatoczką, na trawie, z czerwonym i przekąskami. I niekończący się ciąg wzajemnego zrozumienia o charakterze wybitnie głębokim…

P1090871

*

Sobota. Wakacje. Winnice, degustacje, przyroda. Cytryny na drzewach, passiflora i kiwi. A przecież to od Polski tysiąc kilometrów zaledwie… I zakochana czuję się coraz bardziej, bo widzę, że francuskie babcie na wiosce otwierają ramiona i cieszą się, że ją widzą i rozmawiają o zbiorach, cały czas o zbiorach, wino się przewija, wino rządzi. Wino to życie. I mówią – nie do mnie, ale na mnie spada część splendoru, bo ja jestem leur amie – przyjdź kiedy chcesz, po co chcesz, cytrynki sobie zerwij.

P1090861

W samochodzie myślę, że moja miłość bierze się z zazdrości, że zawsze chciałam taka być, naturalnym uśmiechem rozkochiwać w sobie ludzi i umieć tak zawiesić piórko w rogu domu albo na lusterku samochodowym, aby wyglądało, że piórko musiało to wisieć, bo inaczej wszystko byłoby bez sensu. Tymczasem męczyłam się, gdy przyszli koledzy Francuzi i trzeba było rozmawiać, męczyłam się i dziś, gdy miałam zaplanować obiad i męczyć będę się jutro, gdy H. mnie zapyta, czemu nie wpadłam na to, jakby inaczej ustawić stół z krzesłami. Gen otwartej i uśmiechniętej gospochy ominął mnie szerokim łukiem i z każdym rokiem czuję, że oddala się, że już nie przykleję go sobie do naskórka, że nie i nie.

Tak, poszłam w prywatę, bo co Was obchodzą właściwie uliczki francuskich wioch i zdjęcia roczników `83 z zimnych, tajemniczych winnic. W przewodniku poczytajcie, bo ja jednak nie umiem o nich pisać. Zwłaszcza, że ważniejsze było gapienie się w niebo i przyjmowanie na skórę letniego już słońca, pozwalanie na to, aby prześlizgiwało się między palcami u rąk.

*

Niedziela. Jak sobota. Kolejne łąki i kolejne winnice. Francuska wieś jak najurokliwsze miasteczko. Gdyby ktoś zaproponował mi zwiedzanie kościołów, byłabym się pewnie rozpłakała. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko roweru.

P1090859

*

Poniedziałek. 6.15 pociąg do Lyonu. 7.45 szukanie tramwaju na lotnisko. Znalezienie tramwaju na lotnisko, piętnaście euro. Fuck you. Na lotnisku stres, bo lot opóźniony o 45 minut. Czyli kwadrans na przesiadkę. Halo, czy w Wiedniu będą na mnie czekać? Nie ma potrzeby, mówi pracownica lotniska, zdąży pani.

Potem podczas lotu przemawia pilot. Że jesteśmy spóźnieni i przesiadający się do Sarajewa niech biegną do bramki G coś tam, a do Zagrzebia do bramki J coś tam. Przepraszam, mówię do stewardessy, a Warszawa? Nie wie, ale twierdzi, że będzie dobrze, w piętnaście minut zdążę. Samo opuszczanie samolotu to kolejne siedem. A dalej – niespodzianka. Do bramek A-E na prawo, do bramek E-J na lewo. Tylko że ja muszę najpierw dowiedzieć się, do której mam iść. Biec. Pędzić. Cztery minuty. Daję lota. W połowie biegolotu nie daję rady, bo tego wina przez weekend to mogło być za dużo. Samolot do Warszawy unosi się, a wszyscy pasażerowie machają mi z góry i z drwiącym uśmiechem wskazują na mnie paluszkami.

Tak to przynajmniej wyobrażam sobie, gdy – wściekła – pędzę do informacji. Tam tłum się kłębi, a pracownica krzyczy, kto do Kanady, bez kolejki. Ja tylko do nieistotnej, jak widać, Warszawy. W kolejce dostaję numerek od pana, który uznaje, że wyglądam na tak zdenerwowaną, że mogę iść na jego miejsce, on poczeka. Prawie że nie płaczę ze wzruszenia, a potem z innego powodu, bo next to Warsaw za pięć godzin. Linie lotnicze ofiarowują mi voucher na obiad na dwie dychy w euro. Za to może się człowiek najeść. Obrażona kupuję rybę i dużo sałatek i buteleczkę wina. Potem spędzam czas na takich skórzanych leżankach, ale przynajmniej z doskonałą książką.

W Polsce wita mnie kłótnia na noże z taksówkarzem. Nie mam już siły i rezygnuję z walki o swoje, pozbywając się kolejnej porcji gotówki. I zmordowana wracam, aby za chwilę tęsknić. I pisać listy.

Także taka historia… Ale skoro jestem już podróżnikiem, będę pisać więcej. Normalnie tak. Często, no…

E.

 

Sama nie wiem, co najbardziej…

Trzymałam się planu. Tego od ferii w górę: wytrzymać do maja, nie przesadzić, opanować drżenie rąk i  funkcjonować choćby po to, aby w pewnym momencie, coraz mniej odległym, móc zacząć robić wreszcie to, co się kocha. Tylko maja coraz bardziej nie było i nie było, a ja zapomniałam, jak ciężko znoszę powroty zim, nie doceniłam niezależności ducha i emocji od zdrowego rozsądku, zignorowałam potencjalne istnienie okoliczności zewnętrznych w kolorze sinym.

Ludzie znani i nieznani umierają, gdy ktoś nie jest ci bliski, to – poza szokiem – więcej zostaje zagadki metafizycznej niż żalu, uczucia zdziwienia, że pan osiemdziesięciolatek spod piątki był i przestał być, jak to…? Tak to. Tylko że Studentka była piękna i młoda, młodziutka. Jej licencjaty, dwa, i magisterkę jedną pisałyśmy właściwie razem, bo przez te kilka kierunków i pracę zawalona była też inną robotą, jak każdy dziś. Dlatego drugiej magisterki nie zdążyłyśmy. Rach, szast prast, sucha kostucha, światło w środku dnia.

Ja już od wielu lat jestem człowiekiem świadomie śmiertelnym, jestem ciągłym memento mori nie tylko umysłem, ale ja się budzę i wiem: to tylko na moment. Ale ta wiedza od momentu jej śmierci wlazła mi w twarzoczaszkę takim klinem, nie mogę ogarnąć własnych pytań do niej: po cholerę ci te licencjaty były, śliczna, po ciężką cholerę traciłaś CZAS? I cieknie mi między palcami cała rzeczywistość, H. mówi: niedługo będzie lepiej, tylko skończę grant, tylko ogarnę kwestię iks, a ty kwestię igrek, to wszystko się kiedyś uspokoi, może nawet zasłużymy na wolne wieczory, może na weekendy, ale nie teraz jeszcze. A ja wplątana w sieć zależności przestałam wierzyć, że maj w ogóle będzie.

Sama sobie zrób maj, powiecie mi. Sama… A ja kiwam głową, jednocześnie czując, że ta zależność moja i wplątywanie się w coraz to nowe historie to coś więcej. Że nie ma miejsca na maj, bo jego też się boję, bo jak pijak z Małego Księcia oddalam maj, by mieć do czego dążyć, muszę dążyć, bo inaczej zastygam w panice, więc żeby nie zastygać, to dążę, a im bardziej dążę, tym bardziej wiem, że nie zdążę.

Nikt nie zdąży.

E.

Sama sama hu-huuu

To stało się sześć lat temu. Weszłam do średniej jakości klatki schodowej otwieranej wielkim ozdobnym kluczem i pani Małgorzata pokazała mi kawalerkę, która w rzeczy samej była pokojem z łazienką, w której nie mieściły się dwie osoby i, powiedzmy sobie szczerze, kilkucentymetrowym przedpokojem. Na jednej z półek stał wygięty palnik elektryczny. Kanapa była obskurna, a w brudną ścianę wetknięto dawno temu wielkie okno połączone z drzwiami balkonowymi oraz narożny, duży balkon, na który pchały się drzewa. Pchały się na tyle uprzejmie, że całe mieszkanie wraz z jego krzywiznami, wysokim sufitem i falowaną podłogą były oświetlone jak nic innego. Powiedziałam, że oczywiście, że biorę.

Pani Małgorzata wyglądała, jakby ostatnią rzeczą, jaką chciała osiągnąć, było zarobienie na mnie jakichkolwiek pieniędzy. Jej uwagi oscylowały raczej wokół tematu pod tytułem chcę to wynająć i mieć problem z głowy. Na jakiś czas miała. Kiedy odchodziłam, po niespełna trzech latach, obejmowałyśmy się i żegnałyśmy już wylewnie, ściany były pomalowane, palnik elektryczny podwójny i równiutki. Zostały zasłony, została szafa, odkurzacz, napisany doktorat, popielniczka na balkonie, kapa na łóżku, przyjęte przy kawie lub wódce informacje o dwóch rozstaniach, fragmenty DNA przyjaciół nocujących, z rzadka, na podłodze lub na waleta. Niespodziewana wizyta w środku nocy, dźwięk kilku rozmów przez telefon, także tych płaczących. Ale przede wszystkim zostały wieczory. Wieczory, w których z własnej woli lub na skutek okoliczności zewnętrznych, siedziałam sama, sama i sama. W lecie i wczesną jesienią z laptopem na kolanach, na balkonie, zimą zła i zmarznięta, w polarowej piżamie, z grzanym piwem.

Nie mam ani jednego zdjęcia.

Zdjęcia przedstawiającego dziwaczną samotność, spacery po parku, garmażerkę u Jadzi, gołębie wcinające mój słonecznik, bibliotekę z odległości dwudziestu metrów. Nie, nie byłam wtedy sama w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale jednak byłam, nieprzegadane dnie, noce, długie godziny milczenia. Nie wiem, czemu wtedy nie rozmawialiśmy przez telefon prawie wcale? Może dlatego, że dzieliło nas jakieś pół godziny drogi piechotą, pokonywanej niby wciąż, ale jednak zaskakująco rzadko.

Było mi tam cholernie dobrze i znosząc graty do bagażowej taksówki, która mnie wiozła na zawsze do H., chlipałam jak przedszkolak. Pamiętam, jak mu powiedziałam, gdybyśmy mieli kasę, zostawilibyśmy sobie Weteranów, taka baza wypadowa, taki wieczny hotel w Lublinie. Cały czas żałuję, że nie dla nas taki zbytek łask.

Czemu ja się nie bałam? Że ktoś nagle szarpnie za klamkę, wpadnie, zgwałci, zamorduje? Cisza była absolutna, właściwie z jednej strony uczelnia z biblioteką w nocy nieczynne, z drugiej pyzata, nieuczęszczana uliczka, z trzeciej park. Czasem, czasem, jak ktoś wracał w stronę akademików od Starego Miasta i znał skróty, zygzakiem przetaczał się oknem na klatce schodowej.

*

Czemu czuję się dziwnie dziś – kiedy jestem sama, jak nigdy, bo choć na co dzień H. wrósł w kanapę (w której już taki dołek nawet, hehehe) i z niej tworzy teorie na temat wszechświata, to jednak od święta wyjechał?

Jak schizofreniczka jakaś… Sprawdzałam drzwi kilka razy, a wcześniej poszłam na spacer, rozglądając się za tamtym krajobrazem i nieobecną przecież tutaj garmażerką. Czuję podekscytowanie, jakby cofnął mi ktoś czas, przeniósł na moich Weteranów. A z drugiej strony inaczej jest, już wysłałam dwa esemesy, już zdziwiłam się, że łóżko rano niepościelone, już nie chce mi się robić kolacji dla siebie, ot minipizza do mikrofali, piwo, bo jednak jakoś świątecznie i…

…i nie ma balkonu. To chyba o ten balkon głównie chodzi, kiedy moje dziewiętnaście metrów mi się śni, albo kiedy ktoś z Lublina wspomina, a wiesz co, a tam w tej twojej kawalerce to czułam się na szybkiej kawie najlepiej, to były moje ulubione momenty, sam/sama, nie wiem dlaczego.

No właśnie…? Dlaczego…?

E.

Kolejny krok

_DSC6435

To musiało się chyba stać. W Lublinie dobrze się bawiłam, rozczulałam przyjaźnią, spałam, siedziałam w saunie, czytałam i robiłam zakupy. Nie tylko o to jednak chodziło, nie o odpoczynek, czy o wspomniany czas na życie – pragnienie które słusznie skomentowała Anna, choć ja też tak w tle głowy komentowałam samą siebie.

Tylko że potem nastąpiła Warszawa – dni niecałe trzy – Kraków i Czaple Wielkie, z czego te ostatnie były może najważniejsze, bo podsumowujące, stawiające nad moim prywatnym „i” wielką kropę z zawijasem.

*

W Warszawie poszliśmy na koncert, że tak powiem prywatnie. Ilość wzruszeń towarzyszących nie może być publiczna zbyt, fakt, że słuchałam osoby, która – pominąwszy wszelkie konotacje generujące osobiste podejście do sprawy – jest wspaniała, bo postawiła na swoim. Wbrew światu, oczekiwaniom, szeptom, lękom, panice, że ależ przecież z czego będziesz żyć, że ależ jak tak można, pokazała, że na wiolonczeli da grać się jazz, da się rzucić szkołę, że jazzu słuchają ludzie, że klaszczą, że podoba im się, że przekazują sobie nawzajem energię i tak, właśnie tak będę robić i tak, tak właśnie rób, podziwiam cię, wspieram, cieszę.

*

Nie wytrzeźwiałam jeszcze do końca, a już siedziałam w pociągu do Krakowa, a potem u Kamili. Zaprosiła, bo jedzie znów, tym razem nie na Kamczatkę ani Jukon, no i teraz pieszo, nie na rowerze, od granicy Meksyk-Stany do Stany-Kanada, zachodnimi górami. Pół roku jej to zajmie, więc na ślubie nie będzie, więc zobaczmy się u mnie, więc czemu nie. Kiedy poznałam ją na krakowskich studiach, jeszcze się bała rzucić stałej pracy – po to, aby w końcu przestać się bać. Aby wynająć swoje mieszkanie, rower wrzucić do samolotu i hej.
Teraz powoli pojawiają się sponsorzy. Występy. Domy Kultury, ależ proszę przyjechać i opowiedzieć o Jukonie. Okey, ale bilet wstępu za tyle a tyle. Okey. Viola.

*

Od Kamili do Alicji, do Czapli. Do domu ze wspaniałym facetem, fajnymi dziećmi i labradorem. I patyczakami. I liśćcami. I kokonami motyli, bo przecież motylarnia… Jeszcze kilka lat temu szukanie pracy w panice, dziś zapracowanie, zmordowanie i szczęście. Czy ludzie przyjeżdżają? Ależ walą drzwiami i oknami, nie możemy wszystkich przyjmować, ale dziwisz się? Największy motyl jest ogromny jak dwie męskie dłonie, jest taki, który żyje tylko dwa dni. Obecnie nie żyją albo hibernują, ale chcesz iść do owadów? No pewnie! Oto i one….

WP_20170221_003 WP_20170221_019 WP_20170221_010 WP_20170221_024

I kiedy wróciłam, to poczułam, że nie mogę, że coś się zmieniło. Że satysfakcja z pracy to nie wszystko, że życie to nie praca. Że mam mieć czas na pisanie, nawet jeśli będę miała mniej. I na gadaniu się nie skończyło, siadłam i napisałam ogłoszenie na olx, że zatrudnię, że studentkę, że drobne zlecenia, że wymiar 1/4 etatu.

Teraz kiwam się, widząc, jak wzrasta licznik, jak przez godzinę i dwadzieścia minut ogłoszenie przeczytało ponad dwieście osób, a dwie już wysyłały listy motywacyjne i CV. Skądinąd beznadziejne obydwa. Ale to początek lepszego. Czuję to.

Albo może po prostu odpoczęłam…?

E.

Wstręt do komputera i transformacje życiowo-metafizyczne

Od jakiegoś czasu konflikt wartości mnie przygniata. Nie chcę być bogata. Chcę mieć czas na życie. Widzę to wyraźnie, gdy pani fryzjerka z Lublina po skróceniu mi włosów bawi się jeszcze nimi i pokazuje mi, jak kręcić loki prostownicą oraz sprawdza, czy ma rację, twierdząc, że najładniej to będą wyglądały w luźnym warkoczu na bok.

Nie, nie płacę za te zabawy. Może tym, że obydwie lubimy Mika Waltariego i kanał Nat Geo Wild.
Nikt nie stoi nad nią i nie sapie.

– Nie tęskni pani za Lublinem?
– Tęsknię jak jasna cholera.

Zdąży się pani zobaczyć z moim synem? Pyta kosmetyczka przy czyszczeniu twarzy. Bo ja dostanę zawału przed jego maturą. Nie zdążę, ale niech wskoczy na skype, wyjaśnię co trzeba. Przy Michalinie też pani panikowała, a nie było powodu. No tak. To skype. To następnym razem się odwdzięczę. Tylko nie czyszczeniem, błagam, bo to nie może być wyraz wdzięczności. Ała.

Jeszcze jak obkupiłam się jak redaktor naczelna Avanti, to okazało się, że jednak aż tak bogata nie jestem. Kraina paradoksów. A w przerwach ścieranie się o poglądy i próba znalezienia się w sytuacji, w której udowadniają ci, że nie możesz myśleć tego, co myślisz, a jeśli tak naprawdę myślisz, to chyba nie myślisz. Niestety –  nie wiem, jakim cudem, ale wiem, co myślę. Przykro mi.

Podsumowując, czuję się, jak w teledysku poniżej. Zwróćcie uwagę, jaki jest piękny, błyszczący i jak bardzo nie ma paska na dole z napisem, że jeśli ci się podoba, wyślij sms….No i nie wiem, co robić, gdy wrócę. Pewnie to, co już robię. Tylko inaczej. Zwłaszcza, że dostałam jeszcze jedną taką propozycję i……

E.

Nic nas nie kręci, nic nie podnieca

Ostałam ci się ja pusta w środku, jak pozbawiona mózgu z założenia wydmuszka jajka. Nie, nie oczekuję współczucia, ani rad, chcę tylko ostrzec wszystkich, którzy mają równie głupie pomysły co ja: nie idźcie tą drogą!

Lubię wszystko to, co robię, system „pracuję na umór dziś, jutro mam wakacje” ma swoje zalety i będę go bronić, nie umiałabym pewnie nawet zrezygnować z niego, ale… ale nawet nie o to chodzi, że każda szybka kawa to warstwa nałożonych na siebie zaległości. Nie o to, że zaczęłam weekend dokładnie o 23.39 w niedzielę, bo zaoczni, bo korki, bo to i tamto. Sama chciałam, sama mam, proszę bardzo. Więc nawet nie nerwowe i nieustanne zerkanie na zegarek jest problemem (bo przecież między 13.20 a 13.45 mam czas na przekąskę i wydruk materiałów), ale to, że nie robię rzeczy swoich. SWOICH.

H. siedzi przed kompem od rana do rana, jako i ja. Zerkam mu przez ramię i widzę ciąg tajemniczych znaczków, szeregi ślicznych kwantyfikatorów, znaki nieskończoności i odwrócone do góry nogami mrówki, czy co to tam jest właściwie… Przypominam sobie o wygranej na wydanie tomiku i uśmiecham się, głaszczę po głowie, nie mogę się doczekać, kiedy zaczniemy redakcję, korektę, to i to i to. Ale i to i to i to oddala się w czasie, bo przecież… i od początku.

To tylko zmęczenie. Ale postanowiłam sobie w zeszłym tygodniu: dość. Poszliśmy do teatru na „Komedę”. Po 45 minutach zarządziłam absolutnie, że wychodzimy, bo ja nie będę tracić czasu na taką beznadzieję. Wyszliśmy. Kilka dni później poszłam z Martą na „La La Land”, kupiłam sobie nawet Colę, której nie piłam ze cztery lata. Po 15 minutach już chciałam powiedzieć głośno i piskliwie, że nie wytrzymam, ale na szczęście zaczęło się coś dziać i działo się do końca. Ale tego pierwszego kwadransa im nie wybaczę, a że film jest dla mnie zamkniętą całością, to nie mogę piszczeć z zachwytu, choć tak, byłam wzruszona, jest nieoczywisty i zaskakuje.

Do moich ferii dwa tygodnie. Dwa. D-W-A. Będę leżeć i czytać książki i jeździć po mamę do pracy i namawiać tatę na łyżwy i pić wino i chodzić na basen. Szkoda, że tylko tydzień, ale zawsze coś. W ten tydzień przemyślę wszystko, co uciąć, jak żyć panie premierze. Jak wydobyć tę godzinę dziennie dla siebie na rzeczy, które inspirują, które fundują życie…

Postanowienie na przyszły rok: nie brać zajęć w niedzielę!

Wrzucam wiersz adekwatny. Swoją drogą dopóki nie dostanie nagrody to ja się wstydzę nimi dzielić, a potem robię się taką zarozumiałą pewniachą. Gdzie tu logika, panie?


lublin. dolna marii panny

w poezję bawiliśmy się w piątkę
dzieci z dobrych domów umyte
pod pachami. biblioteczki z salonów
mieszczańskich czekały naszego
powrotu. czas drętwiał i nieco nużył
ale rzadko: tylko gdy wiersz czytał
ktoś inny przebieraliśmy nogami
niezależnie od pochwał rzadkich
wyważonych, śmiesznych
do bólu brwi, ale dopiero
dzisiaj.

w życie bawimy się z dala od siebie, ale i tak
jest zabawnie przynajmniej z lotu ptaka
o czarnym poczuciu humoru. dzieci nasze wierszy
nie piszą, nie istnieją nawet, nie wiedzą
o dobrych domach i czasach
gdy niepłodni rodzice mieli
jakiś cel przynajmniej
drogę do domu postanowienie
że ja im pokażę albo że następnym razem
pójdziemy na piwo i tyle, ale to tyle
waży teraz wiele ogromnie dużo, budzi
przestrach, obmacywanie własnej twarzy
rękami ciężkimi od znaków zapytania:
co teraz, dokąd
dokąd. i dlaczego nie tam.

Pierwsze petardy 2017

Czytam obecnie mało, nie oglądam, trochę słucham… bo popełniłam gdzieś błąd, nie chce mi się go wyjaśniać, ale popełniłam. Czasowy. Ale jednak udaje mi się nieraz odpalić racę, zostać potrząśnięta, wywalona bebechami na lewą stronę, wchłonięta przez dzieło.

I tak na miano petard pierwszych anno domini 2017, subiektywnych, należą…

 



BOLESŁAW LEŚMIAN ZAŚPIEWANY

 

Między niebem a piekłem, wśród słynnych bezdroży,
Które lotem starannie pomija duch boży,
Stoi karczma, gdzie widma umarłych opojów
Święcą tryumf swych szałów pijackich i znojów.

 

Historia, jakich wiele. Weszłam do Empiku kupić coś na gwiazdkę rodzicom i kupiłam, zadowolona z prezentów wychodziłam i zobaczyłam „Wisława Szymborska zaśpiewana”. Składanka. Ja nie lubię składanek, ale wzięłam. Wzięłam też Miłosza i Leśmiana, bo poza nimi był i Stachura, a ja nie lubię Stachury, oraz Bellon – jak wyżej. Ale tej trójki nie mogłam sobie odmówić.

Najpierw rzuciłam się na Szymborską, bo to Szymborska, ale jakoś tak… no, niektóre niezłe.

Tak, niektóre niezłe. To dobre określenie. Dlatego bez przekonania zmieniłam płytę na Leśmiana i…. Nie wiem, nie wiem. Trzydzieści razy tej płyty słuchałam? Trzydzieści pięć? A mam ją od końca grudnia? Na dwadzieścia utworów nie podobają mi się dwa, ale te pozostałe są… jeśli powiem, że „są wykonane profesjonalne, utrzymane w fachowych aranżacjach od jazzu po muzykę ludową” to gówno powiem, prawda? Więc tak: ja słuchałam raz za razem, ja wymyślałam powód, żeby pojechać kilka kilometrów dalej (ja w samochodzie tylko słucham, bo w domu… kuźwa… nie mam czasu), ja oddychałam głośno i łapczywie, ja mówiłam: nie, nie, nie wierzę, albo tak, tak, tak mi rób, ja nie wierzyłam, że ktoś może tak wspaniale, tak nieziemsko wykonać „Dziewczynę”, a ten ktoś, pod tytułem Agata Klimczak po prostu ją wykonał. I, aha, „Zazdrość moja bezsilna po łożu się miota” też nie została spieprzona, a nawet odwrotnie, to samo z równie ukochanymi „Śmierciami”. To Leśmian pełną gębą, jego zboczenia, poetyckie odjazdy, neologizmy, absurdy, świat trupów i dewiantów, miłości i tęsknoty, i żalu i bezczasu, zatracenia, upadku, czołgania się, smakowania cielesności, widzenia ponad chmurami…

Tu macie próbkę: próbka. Nie podoba mi się tylko 8 i 13. I to, że nikt nie połasił się, nie porwał na „Jadwigę”. Załączam „Jadwigę” na poprawę humoru:

Jadwiga

Cień za cieniem się ugania, a motyla motyl ściga, —
Rozpłakała się w lesie niekochana Jadwiga.
«Raczej ciało niepieszczone wilkom rzucić w bór za borem,
Niż nie znaznać pieszczoty choćby nawet z potworem!» —

I wypełznął czerw spod ziemi zwilgotniałym pyskiem czynny.
«Ot ja ciebie popieszczę! Ot ja właśnie — nikt inny!»
Obejrzała się na drogę i na tuman poza drogą.
«Oprócz ciebie na świecie nie mam, czerwiu, nikogo!»

Legła przy nim na murawie, głowę wsparła o kamiążek,
Miała kilka pierścieni i łez kilka, i wstążek.
«Otom — twoja! Pieść do syta! Nie szczędź w lesie mego ciała!
Jam tu przyszła nie po to, bym się sama ostała»…

Wiatr warkocze jej z ramienia na to drugie ramię przesuł,
Ona była nieswoja, a on rad był i wesół.
Pyskiem własił się i włudził w piersi wonne jak dwa jabła,
Aż Jadwiga stęknęła, aż Jadwiga osłabła.

Krew jej w głowie zahuczała pogrzebnego echem dzwonu,
A to była choroba — i już blisko do zgonu.
«Inni boją się miłować krwi schorzałej szaleniznę,
A ja nawet potrafię kochać ciała zgniliznę!» —

I przeniknął pieszczotami bezpowrotnie aż do kości, —
Nie, — nie było na świecie tak niesytej miłości!
Nie wiadomo, co za szumy z czasu w bezczas zaszumiały,
Gdy obnażył się w słońcu szkielt biały, bo — biały!

Maj był w lesie i na polu i opodal — na rozstaju, —
W maju działo się właśnie — tyle jeno, że w maju.
Słychać było, jak w gęstwinie wiatr się krząta i chrabęści, —
Tedy szkielet poskoczył i zacisnął swe pięści!

— «Powiedz, czerwiu, gdzie jest tysiąc obiecanych w niebo ścieżek»?
A on tylko popatrzył — i nic nie rzekł, nic nie rzekł…
— «Powiedz, czerwiu, czy Bóg widział moje męki, moje żale?
I czy jest On w niebiosach, czy też nie ma go wcale?» —

A on zadarł pysk ku niebu i mackami wzruszył dwiema
I pokazał na migi, że go nie ma, bo — nie ma!
Więc ku snowi wieczystemu uchyliła nieco czoła
I spojrzała w zaświaty, a tam nicość dokoła!

A tam — nicość, rozścierwiona od padołów aż do wyżyn!
I tańcował, i śmiał się biały szkielet Jadwiżyn


MAUS, Art Spiegelman – nowe wydanie

 

Płakałam. Chowałam się pod kołdrę. Szeptałam „Kurwa, nie…”. Patrzyłam w sufit. Nie mogłam spać.

I nie, nie zamieniłabym tej lektury na żadną inną… I nie, nie wyjaśnię dlaczego. Nie umiem. Człowiek się katuje, ale czuje, że to katowanie ma jakość dodatnią, okrutną, ale nieporównywalną z niczym innym.

Maus

Stoicy kłamią

Najbardziej chciałam zrobić dla Szmiry wpis o niczym, ale znowu się nie uda – choć dla odmiany nie będę nawet szeptać o sprawach społeczno-społecznych, bo mam ich tak dość, że boli mnie brzuch.

Będzie jednak o gorszych rzeczach, na przykład o tym, jak to od dawna marzyłam, żeby stać się stoikiem i przekształcić swoją euforyczno-depresyjną naturę w Senekę z cyckami, a jedyne, co w życiu mi wyszło, to transformacja z romantyka na pozytywistę (w ostatnich latach liceum) i przerzucenie się z kibicowania czerwonym na kibicowanie białym podczas każdorazowego wybuchu powstania styczniowego (jak wyżej).

Będzie też o przesądach: o tym, jak to wybucham szyderczym śmiechem, gdy ktoś wierzy we wróżby, baśnie i mity, a sama w nie wierzę, bo na przykład nie zgodzę się, że przypadkiem może być sytuacja, w której powiesz głośno „Ale jest cudownie” i w tej chwili na łeb spada ci cegła.

Dobra, tak na serio… Tak na serio już któryś raz w życiu było właśnie tak: pisałam właśnie wielkimi wołami, że drogi pamiętniczku, rok dwa tysiące szesnasty był najpiękniejszym rokiem w moim życiu i…. jebudu! Nie, nie stało się nic strasznego, drobny grad pokruszonych cegieł, ale jednak jątrzy to to umysł i siedzi na rzęsach, a nie przejmować się nie da, bo, jak zostało ustalone, stoikiem nie jestem. Każde poszarpanie się z osobą bliską krwią, blizną i łańcuchem DNA jest przykre, nawet jeśli wasze mózgi ulepione są z innych zupełnie składników, a wasze oczy nawet nie potrafią patrzeć w podobnym kierunku, o czym każdy przecież wie.

Jej… Ale ciężar gatunkowy. Ale żal i złość i wkurw i obrażenie. Ale jestem nabuzowana, zniesmaczona, rozżalona i chlipiąca.

 

 

E.

Położyłam się

Dziś wielki dzień. Pierwsze w moim życiu el cztery. Pokazałam go najpierw sobie samej, bo jakby_dsc6433 na to nie patrzeć, ja jestem główną szefową. Potem wysłałam Pani Dyrektor ze szkoły, trzęsąc się jak osika, bo mój protestancki z jakichś względów umysł, uważa, że el cztery to grzech.

Nie żebym lubiła protestantów, mają swój stek bzdur, ale filozofia życiowa bardziej podoba mi się niż katolicka, bo katolicka uważa, że hajs to grzech i że musisz się w życiu nacierpieć, a ja sądzę, że wcale nie muszę.

Wracając do meritum: dowiedziałam się, że leżeć mam trzy dni, w związku z czym uznałam, że jakoś te półtora dnia wytrzymam. I co? I odkąd się położyłam dwie godziny temu, to nie bardzo wiem, co z tym fantem zrobić. Zwłaszcza, że co chwila muszę wstawać – z różnych względów – i że mamy gościa. Który to gość, na szczęście, lata na ogół po znajomych i wraca po północy, więc liczę na to, że mojego leżenia nawet nie zauważy.

Przy okazji: to naprawdę dobry gość. Jedyna osoba, której smakują moje ciasteczka i jedyna, która nie pyta, dlaczego nie mamy choinki ani żadnych ozdób. Jedyna, która okrada mnie ze skarpetek i która zagrała nam marsza weselnego w ramach pobudki. Dlatego umiem już nawet nie złościć się o porozrzucane rzeczy i wafelki leżące na… suszarce do naczyń. Nie, nie zapakowane.

A poza tym nie mam na to siły.

Dobra, leżę dalej. Zakładam, że wirus penetrujący mnie od października tym razem ustąpi.

1 2