Tak to przegrałam turniej z twarzą

Wychodzi tomik. Przepraszam, w kręgach nie można „tomik”. Podobno infantylnie. Wychodzi książka poetycka. Pierwsza dwudziestka z internetu to kwestia dni, oczywiście znajomi kupują, bo ja intensywnie… chwalę się. Nie wiem, chyba bardziej czasownik ekscytuję jest na miejscu, choć zapożyczony, ale jeśli ktoś to nazwie chwaleniem, nie będę płakać.

Jest kilka spotkań, kilka takich, które będą się śnić jeszcze dekadami. Kilka zwyczajniejszych, tak sobie to nazwijmy. Wydawałoby się: przedsionki Edenu.

W tle toczy się życie. Gotowe na to, aby wylać na nie wiadro pomyj, narzekać do tego stopnia, że urosną wrzody i afty wokół jamy ustnej. Ja tak narzekam, niestety. Usiłuję oduczyć się, modlę się o uzdrowienie, ale nie mogę. Przegrywam. Nie mogę ustawić optyki life balance, satysfakcjonująca i dobrze płatna praca, czas na hobby. Nie mogę ustawić jej od kilku lat. Próbuję. Serce mówi mi co innego, rozum co innego, płuca co innego, mąż co innego. Bo ja bym mogła mieć albo tę dobrze płatną albo tę mającą sens etyczny i metafizyczny. A tymczasem mam obydwie i coraz bardziej wątpię w realizację tych pięknych, tęczowych planów, którymi żyłam od lat.

Tak chciałam skończyć „Wojnę literacką”…
Tak chciałam napisać większy kawałek prozy…
Tak chciałam pojeździć wreszcie na rolkach z ochraniaczami, które leżą w szafie nigdy nieodpakowane.

Rzucić szkołę. Tak, to by było najlepsze. Tylko czy ktoś może zrobić to za mnie? W sensie: za mnie pójść to powiedzieć. Wszystkich zainteresowanym.

E.

To nie jest kraj dla niegłaszczących ludzi

To mały coming out będzie. Zawsze okazuje się, że ktoś jest gejem albo #meetoo, ma związek z grupą wyizolowaną społecznie, stygmatyzowaną. Leczył się na alkoholizm lub dokonał aborcji.

Ja też kimś jestem.

Mały coming out będzie dla sportu. Pewnie ważny wpis dla mnie, choć czytają to ze dwie osoby, ale w sumie na liczbie mi nigdy nie zależało. A może inaczej: właśnie dlatego robię to tu, na FB jeszcze nie jestem gotowa i nie będę, bo po co mam być?

*

Dawno, dawno temu działo się wiele złych rzeczy. Byłam lubiana i każdy zapraszał mnie na urodziny.
Brzmi dobrze? Niesłusznie. Bo nie znosiła mnie jedna osoba.
Ja sama.

Odsuwałam to na bok konsekwentnie, bo chyba nie zdawałam sobie sprawy nawet z tego, że tak jest. Czasem tylko musiałam siebie samą przekonywać, patrz, zadzwoniła K. i G., a W. napisała, że beze mnie nie wyobraża sobie wyjazdu, a ciocia I. powiedziała, że jestem wyjątkowa, R. powiedział, że musi poznać moje zdanie, bo się z nim liczy, a J. tak fajnie i ciepło wyściskał po powrocie z wakacji. Takie wyliczanki zdarzały się każdego dnia prawie. Miałam ochotę je zapisywać, przywoływałam je, rozpamiętywałam, pieściłam się nimi. Każdego dnia musiałam siebie przekonywać, że jestem coś warta, bo ten, tamten i tamta, bo urodziny, smsy, listy i liczenie się z moim zdaniem. Bo inni.

Nie kłóciłam się z koleżankami, nie kłóciłam się z rodzicami, nie kłóciłam się z nauczycielami, w ogóle się nie kłóciłam. Czasem powiedziałam, co myślę. I gdy okazywało się to nie spotkało się z aplauzem, że niepopularne, że odebrane przez innych do siebie, że przykre, źle zrozumiane, to ja chorowałam. Fizycznie.
Nie ma tu hiperboli ani przenośni, ani nawet symboliki. Po prostu fizycznie.

*

A jednak nie da się zawsze przytakiwać. Od czasu do czasu ciało i emocje skumulowane nad żołądkiem kazały mi iść pod prąd. Wszyscy mieli koty, mnie ręce wyrywały się do psa. Czułam się jak homoseksualny Murzyn w Tennessee. Co robiłam? Owszem, szłam tam, gdzie mnie wołał instynkt.
Ale w ukryciu.
Niewierząca, pokłócona z wiarą oddzielnie i oddzielnie z instytucją, potulnie stałam w kościele na bożonarodzeniowej mszy, bo E., no chodź z nami. Pytana przez ciocię, babcię i wujka, czy lepiej mieć córeczkę czy chłopca, nie mówiłam, że nie planuję dzieci. Opowiadałam rodzicom z własnej woli o tym, co u mnie, ale tylko o tych wydarzeniach, co do których byłam pewna, że im się spodobają.

Kompromis to słowo z pozytywną konotacją, panie, ale co robić, skoro czułam się tak, jakbym czuła się dziś, obwieszczając światu, że obozy koncentracyjne były wyłącznie niemieckie, ale nie możemy wykluczyć, że trochę także polskie.
Czułam się jak gówno, innymi słowy. Wiecznie. Od poniedziałku do piątku i w weekendy. A już najgorzej przy tych, na których mi zależało. I to nie coraz mniej. Uczucie niewygodne jak przyciasne spodnie nie zniknęło z pryszczami. Przeciwnie, zaczęło nasilać się wraz z utratą kolagenu, podobno następuje to powyżej oczka, czytaj: lat 21.

*

To nie był tragizm Antygony, wojna, głód czy pożoga. Dało się żyć i jakoś żyłam, dopóki nie musiałam podjąć najważniejszych decyzji życia komuś wbrew. I nastąpił kryzys, którego szczegółów oszczędzę i o którym w ogóle nie wiedziałam, że ma cokolwiek wspólnego z moim wiecznym, ale proszę, nie gniewaj się na mnie, przyznam ci rację, ale nie może być niemiło, tylko nie niemiło! W każdym razie skończyło się wenlafaksyną i na wszelki wypadek jeszcze hydroksyzyną.

*

Nigdy nie wierzyłam w ideę terapii, była dla mnie śmieszna jak trąba słonia, naciągana jak opowieści Macierewicza i przereklamowana jak życie bez cukru. Ale czepiłabym się wtedy wszystkiego. I nie, nie przeszłam na ciemną stronę mocy, nie sądzę, że „każdy powinien kiedyś iść”, nie sadzę, aby miała wpływ na tę nieuchwytną, metafizyczną część człowieka, w ogóle nie sądzę. Po prostu po jednej beznadziejnej próbie i drugiej równie beznadziejnej trafiłam na trzecią.

Nie, nie olśniło mnie, że matka nie dawała mi piersi, a ojciec nigdy nie pytał, jak się czuję, a dziadek nie dał wtedy cukierka i przez to jestem taka i śmaka. W ogóle niczego się o sobie nie dowiedziałam nowego. Ale zostałam nauczona pewnych mechanizmów, właściwie to zostałam niejako wytresowana jak pies do aportu i podawania łapy. Miałam tylko wychwytywać każdy moment skurczu w żołądku i naprawiać go natychmiast. Każdy skurcz wywołany nieszczerością, brakiem odwagi, tego i owego, że ja to sądzę inaczej, a w ogóle to nie rozbawił mnie ten żart, sądzisz więc, że jestem drażliwa na swoim punkcie? Może i tak, ale skoro jestem, to po co żartować?

*

Wydawałoby się, że wszystko się sypnie. Nie sypnęło. Jest lepiej.

Tak, bywało niemiło, raz to „niemiło” tylko oczyszczało atmosferę, bardzo rzadko zatruło. Ostatnio zatruło. I znów byłam spanikowana, że coś spieprzyłam, że dałam dupy, że przesadziłam i… nie.

Nie. Jak Paolo Coelho albo elektroniczny kreator złotych myśli, po pewnej burzliwej dyskusji, dochodzę do wniosku, że, uwaga: Lepiej być w niezgodzie ze znajomym niż z samym sobą.

*

The end.

Happy end.

All inclusive cz. II. O hotelach i podróżach

Właściwie co można pisać, skoro jeszcze jest się w szoku i jeszcze się nie rozumie, że naprawdę siedzi się w samolocie i wraca? Określiliśmy wspólnie tę podróż jako nie turystyczną a duchową, no i taka była, choć właściwie nie wiem, czy większość podróży z zasady na tym nie polega. Moich chyba tak, jednak. Dupa ze mnie, nie turystka.

Kilka razy chciało mi się płakać, ale to był taki płacz działający na zasadzie płynącego prądu w zabezpieczonym kablu, prześwietlała mnie bolesna jasność, kij z patosem, a potem w oku gromadziła mi się sól. Tak było, gdy żyrafa zjadła mi z ręki jabłko. Gdy w wysokiej skale odkryliśmy dziurę: jak się przez nią patrzyło, oglądało się fale wpadające z hukiem na kamienną ścianę. Gdy drogę zaszedł mi wielki, czerwony krab. Gdy zaskoczył nas przypływ i drogę powrotną pokonywaliśmy po kolana w wodzie, a ocean chlustał nam falami prosto do uszu, na okulary i przeciwsłoneczne kapelusze.

Nigdy nie miałam takiej podróży. Moje wędrowanie, ograniczone i dość rzadkie, to wieczna samotność z walizką w ręku, samotne polskie hotele, zielone agroturystyki, lotniska, stresujące przesiadki, spotkania w portach i miejscach docelowych z długo niewidzianymi, pięknymi kobietami, którym powoli zaczynają wokół oczu pojawiać się drobne kreseczki, których jeszcze nie było, gdy widziałyśmy się po raz ostatni. To informowanie H., że jestem, jestem, dotarłam. Nigdy nie myślałam, że można podróżować we dwoje inaczej niż rowerem, bo wydawało się, że moje lotniska, pociągi i walizki to nasze wspólne fatum. Właściwie dziwnie się czuję, gdy ktoś ze mną jest. A przecież nie potrafiłabym – chyba – sama przeżyć złotego piasku, winorośli w wulkanie, słońca prażącego skórkę oceanu jak gorący olej praży nieraz bezbronne orzeszki.

20171229_122714 20171229_15493520171230_10240420171223_133254 20171229_153320

Tylko płaszczki się nie udały, moje myślenie życzeniowe, H. usłyszał, że jak ktoś ma szczęście to w basenie portowym są płaszczki wielkości blatu, które chętnie jedzą bułkę z ręki, a ja usłyszałam po prostu, że w basenie portowym są płaszczki wielkości blatu, które chętnie jedzą bułkę z ręki, stąd wyprawa do oddalonego w sumie sporo miejsca, krążenie wokół jachtów i statków, wyszukiwanie na google grafika płaszczek, pokazywanie ich autochtonom i zadawanie pytania po polsku: gdzie? gdzie? Tam, odpowiadali oni i wskazywali miejsce na wodzie, ale żadnego tam w efekcie nie było.

I ten hotel inny taki, jasny i radosny, podczas gdy moje hotele to przecież lekki niepokój, zamykanie z trzaskiem nieoswojonych nigdy jedynek, sprawdzanie kaloryferów, patrzenie w sufit, układanie sobie celu i sensu obecności siebie tutaj właśnie. A razem, na Fuercie, nie ma co układać, po prostu jest się, jest i wyciąga ramiona do słońca. Come to me honey, come to me.

No i przyszło. Moja skóra zbrązowiała, zakryła tę piekącą biel, która tylko czeka aż wyleźć, jak zadrapania i wybrzuszenia pod farbą. I pewnie wyjdzie już za tydzień, za dwa. Pewnie wyjdzie.

All Inclusive, część pierwsza

To właśnie ten typ wakacji, o którym myślisz, że jest dla innych. Do czasu. Do czasu, gdy z własnej woli, woli, pfff, mało powiedziane, siłą własnej, osobistej perswazji, nagle pozwalasz sobie włożyć opaskę na nadgarstek i rozglądasz się, gdzie te drinki.

Przyjechaliśmy w czwartek. Chciałam, aby moim problemem było to, gdzie siąść, na leżaku czy piasku. Wybłagałam. Kupiłam dla H. koszulkę z palmą i napisem Take me to San Escobar, sobie kiecę w paski (Anna!). Pieniądze ze ślubu plus moje ostatnie pracowe szaleństwa, dzięki którym może i poczułam się krezusem, ale jednak umierającym krezusem. Kolacja, ogarnianie wielkiego hotelu, gubienie się, kiwanie głową, nauka nowych zasad, wkurzanie się na angielski Hiszpanów, ot dzieci z Lubelszczyzny i Pomorza w nowym świecie. Czwartek minął na piciu alkoholu i rozglądaniu się.

W piątek obudziło mnie słońce i cholerny ból głowy, wzięłam apapy, nałożyłam na talerz górę żarcia, włożyłam kostium kąpielowy i czapkę świętego Mikołaja, wzięłam Twardocha i nastąpił etap pod tytułem plaża. Nie umiem na plaży leżeć, ale umiem na plaży czytać, słońce gładziło mnie po plecach, H. wchodził do oceanu. „Król” wciągnął tak samo jak onegdaj „Morfina” i „Drach”. Kocham tego śląskiego buca. Nic na to nie poradzę. Jego zimna proza przypomina trochę oddech śmierci, trochę uspokaja: więc jednak nie jestem taką nihilistką, są gorsi.

Po plaży na zmianę spałam i leżałam, byliśmy też na spotkaniu z rezydentką. Ziewałam chwilami, gdy proponowała to i owo z tak zwanych atrakcji, mazałam kółka po kartce papieru, ale nagle doszło do mnie, że na wycieczce do Morojable (vel Moro Jable) można zobaczyć płaszczki wielkości stołowego blatu. Jęknęłam. Pisnęłam. Dopytałam. Dowiedziałam się. Że wielkie, że podpływają, że można je karmić bułką i na pewno zjedzą. Bez mrugnięcia okiem odłożyłam górę euro na płaszczki. Kolejne na saunę, bo Kanary Kanarami, ale wieczory chłodne.

W sobotę poszliśmy na długi, abstrakcyjny spacer, jarając się jak sześciolatek świętym Mikołajem. Wydawałam dźwięki. Dużo dźwięków. Wulkaniczne kamienie pokryte mchem wyglądały jak wielki brokuł. Szłam więc po brokule, słońce wskazywało mi promiennym paluszkiem szlak. Wiało tak, że chciałam zrobić latawiec z ręcznika i odlecieć wpizdu. Wyjaśniłam mojego kulturalnemu mężowi, czym jest „wpizdu”. Że właściwie wszystkim. Wulkany na horyzoncie przyspieszały bicie serca, ale tętno regulowało wciskanie stóp w piasek. Kilka wspięć, przeskoków, odpoczynków, nogi poczuły.

20171223_110448 20171223_125035

W niedzielę odkryłam, że jednak nie jestem alkoholiczką, bo na myśl o białym winie zrobiło mi się lekko mdło. Wypożyczyliśmy rowery, upewniając się na własnej skórze, że Fuerteventura nie jest rajem rowerzystów. A mimo to, gdy w pustynnym krajobrazie z triumfem, ubabrana smarem sama włożyłam łańcuch, który zleciał był od nadmiaru kamieni, poczułam, że jeśli nie byłabym tu, mogłabym tylko być przy rodzinnym stole i śledziu w śmietanie z jabłkiem. Żadne nadęte europejskie miasta pełne ludzi i obrażonych na świat zabytków nie dałyby mi tej euforii.

20171224_122135

Potem tylko połączyłam się messangerem z Lublinem. Rozmowa i kamerka. Używałam aplikacji dodając sobie co chwila rysunkowy uśmiech, czapkę Mikołaja, nos renifera albo animowane łzy. Rechotaliśmy z tego z tatą jak idioci, potem mi się trochę zachciało płakać tak na serio i bez animacji, w efekcie uznaliśmy, że ja żałuję, że nie ma mnie tam i oni też, ale także tego, że nie ma ich tu. Oni też.

E.

Jak wpadłam w czarną dziurę i jakie są szanse wydostania

To było we wrześniu, może nawet pod koniec sierpnia. Zachwycona nowym grafikiem z co drugą niedzielą zupełnie wolną, a z co drugą pracującą (ale zupełnie, i to zupełnie do 12.00), a także lekko zestresowana nową współpracą z kimś, kto chce mi płacić i jeszcze za pisanie, bylebym była dostępna jakieś kilka godzin co drugi dzień, odebrałam telefon.

Moja Dyrektorka. Lubię ją. Ale to, co usłyszałam zachwyciło mnie w sposób niekonieczny. Jeszcze odpoczywałam po najlepszej imprezie świata tego, jeszcze nie zrozumiałam, że lato naprawdę minęło, a ja wzięłam może ślub, ale nie z porą roku, a tu taka prośba: E., bo jesteśmy w dupie, odeszła M., kilka polonistek było na rozmowie, ale są fatalne.

Rzut oka na grafik: to niemożliwe. Aha, aha, to do widzenia, ufff. Drugi telefon nastąpił po dobie. Że może przemyśProjekt bez tytułulę, że zbiją mi w trzy dni wszystko, że… Ale ja wtedy od rana do późnego wieczora będę, bez przerw na obiad, jąkałam się, powoli myśląc, że powinnam pomóc, że… ale powiedziałam, że nie. Nie. Komunikat z trzeciego telefonu brzmiał: dopóki kogoś nie znajdziemy, dobrze? Ustawimy wszystko, jak chcesz. Powiedziałam: ok.

*

Potem była czarna dziura. Szkoła, korki, pisanie, przygotowywanie się na lekcje, to przesrane przygotowywanie się, i odkrycie: ej, to polskiego już tak nie lubią jak historii? Nie ma, niech nam pani jeszcze coś fajnego opowie, a jest, czy naprawdę musimy to pisać? No jak to, jak to? Jeszcze ta odmiana przez przypadki, te osiem lekcji bez okienka pod rząd, potem gnanie i ogarnianie i zastanawianie się, jakim cudem i że przecież w tym roku miało być inaczej…?

*

Jednocześnie działa się magia. Zapraszamy do Wrocławia na wieczorek, pełny zwrot kosztów, dużo wina za free (wpis poprzedni). Tarnów, dzień dobry, bo pani ma nagrodę, pociąg, powrót do Warszawy szósta rano, bo muszę zdążyć na lekcję, popiszę w pociągu, Józef Baran nie zrozumiał pani wiersza, mówi dziennikarz Trójki, powinien być wyżej, śmiech, wino znowu, bankiet, nie pamiętam nawet, jak wyglądał hotel, zwlokłam się, wróciłam. Musisz jechać na festiwal, mówi były szef, zawsze byłaś w Olsztynie, jak to tak po prostu nie być? Więc po pracy auto, pęd, super kochany Z.Z. (nie wszyscy celebryci są jak dżuma), powrót rankiem, znowu.

Przepraszam, że zostawiam ci swoje obowiązki kochana, ale muszę jechać, bo uczelnia…

Dzień dobry, tu Gdańsk, ma pani nagrodę, czy to jakieś jaja? Pytam, ale nie, nie jaja, w strugach deszczu i satysfakcji jadę na północ, po kilkunastu godzinach, gdy wychodzę z walizką o czwartej rano, nowo poznani koledzy jeszcze piją, gdzie ty do diabła idziesz? Oczy w słup. Na pociąg. A na pociąg do Brzegu tydzień później, powrót już o dziewiątej, bez dramatu, ale za to wtedy była ta rada pedagogiczna.

*

Siedzę sobie na radzie i radzą, potem myślę, że coś nie tak i próbuję to powiedzieć Agnieszce, ale chwilę potem world is over, film urwany, nogi do góry, a jeszcze potem tak człowiekowi głupio, że przeprasza wszystkich i wszystko. Pomyślałam: przesada. I niedługo potem sama znalazłam sobie zastępstwo.

*

Gdy pozbyłam się polskiego, dziesięciu godzin, byłam najszczęśliwsza na świecie. Bilet na grudniowe Kanary kupiliśmy już wcześniej. Potem poszłam do fryzjera, do kosmetyczki, po sukienkę Desiguala z długim rękawem, nowe dżinsy i dwa sweterki. Za ich pomocą powoli wychodzę z czarnej dziury i wyjdę przecież. Palce mam już nad głową, tylko stopy grzęzną, ale jest ok. Wczoraj, najszczęśliwsza na świecie poszłam z S. na piwo i shihę, wniebowzięta smakowałam każdego kroku, który nie prowadził mnie w kierunku szkoły, uczelni lub własnego domu, w którym przecież też pracuję.

Ogłaszam koniec walki.

Dzień dobry, tu Toruń. Tak, z przyjemnością przyjadę 8 grudnia.

THE END

Pijany Wrocław

Wrocław mnie zawiódł, choć przywitał pięknie. Obca osoba zagaduje na Facebooku i zaprasza na wieczorek mój własny. Radosny szok i obawa – niesłuszna po trzykroć. Kiedy N. powiedziała, że pojedzie ze mną i zrobimy sobie wycieczkę, przez chmury przebiło się słońce i pojechałyśmy. Rozkopane ulice blokowały wjazd do hotelu, do tego nie mam zastrzeżeń. Do hotelu większe, ale był tani, więc może też nie powinnam.

Byłam tu trzeci raz i dwie pierwsze wizyty zakodowały w mojej głowie ładną, dużą przestrzeń, turystów, formę widocznego dostatku. Tym razem, gdy najpierw siadłyśmy na obiad, na rynku rąbało jakieś straszne disco z wodzirejem. Wałęsał się żebrak i para siedząca przy stoliku od moich pleców zaburzała i tak zaburzony odbiór rzeczywistości jakimś topornym grubiaństwem. Zdarza się wszędzie, chodźmy, i poszłyśmy do galerii Ślimak, gdzie miał odbyć się wieczorek.

Na dzień dobry uderzył mnie entuzjazm o skali nieprawdopodobnej. Pani właścicielka ma misję i ją realizuje, zaprasza – użyjmy słowa szumnego „artystów” – ogłasza, reklamuje, dopasowuje prowadzącego, częstuje winem a na końcu poza tradycyjnymi kwiatami daje czekoladę. Bardzo mi się chciało czekolady.

Siedziałyśmy w Ślimaku do nocy i rozmawiałyśmy o literaturze, aż etap imprezy doszedł do puszczania sobie muzyki na youtubie. Ja przymusiłam wszystkich do odsłuchania tego:

Potem, uszczęśliwiona, poszłam z N. na miasto, a podczas spaceru w kierunku Rynku zaczepione zostałyśmy trzy razy. Nieco obniżyło to euforię, zwłaszcza że potem, pod parasolkami przy niezbyt czystych stolikach co chwilę obserwować mogłyśmy narąbane grupki, obcokrajowców z bliskiego zachodu, o fryzurach z plakatów disco-polo lub niemieckich pornosów z lat 90. Wszystko krzyczało, falowało, brzydko pachniało i upadało. Taksówkę powitałyśmy z ulgą.

Ale i tak było świetnie. Nie licząc pracy z laptopem na kolanach na siedzeniu pasażera, bo powiedziałam, że szybko napiszę ten tekst, do niedzieli po południu. Nie przewidziałam dwóch dodatkowych godzin w aucie, które spędziłyśmy zablokowane sznurem samochodów z prawej, tramwajem z lewej, a biegnącymi maratończykami od strony maski. Po cholerę oni biegną, ja się pytam już po raz kolejny w życiu?!

Kupuję od razu pięć tomików, jak tylko wyjdą, napisała pani ze Ślimaka. Muszę to u siebie mieć! No i pozostań tu skromny jak należy, człowieku… 🙂

E.

Jak nie opowiem, to pęknę

SkWP_20170817_008ończyły mi się części mowy. Nie jestem chyba w stanie objąć wszystkiego sercem, rozumem i językiem… A na dodatek mi wstyd, że zawsze śmiałam się z tych określeń, że to był najpiękniejszy dzień naszego życia i takie tam. Ale na serio – był. Przynajmniej mojego. Wszystko, wszystko było na dodatek tak szalone, że… Ok. Po kolei.

Najpierw Pendolino. Ecie pecie, gdzie jedziecie? Ele mele, na wesele. Wszystko wzięliśmy, o dziwo. Po drodze siedziała nieopodal dwójka bachorów. Nie, nie dzieci. Bachorów. Przyjechałam z rozdzierającą skórę czaszką, oszołomiona, z bagażem w każdej ręce. Jeszcze we wtorek było święto i z rzeczy pozostałych do załatwienia nie załatwiłam nic. Na szczęście było słońce i morze, masaż stóp polem magnetycznym znanym bardziej jako „piasek z plaży”, spacer, długi spacer. I środa.

Ogarnęła mnie niemoc. Popatrzyłam na swoje paznokcie. Zadzwoniłam pod pierwszy lepszy numer wskazany przez Google, żeby ktoś coś z nimi zrobił.
– Nie ma szans.
– Ale ja mam jutro ślub.
– I teraz się pani obudziła? – ochrzan po drugiej stronie słuchawki – Dobra, wciśniemy.
Wcisnęli. Lało. Poszłam, zażądałam różu, do butów. Zmieniliśmy mieszkanie teściowej (!) na hotel, w środku szampan i kwiaty. Potem H. namówił mnie na saunę i basen, a sam zniknął kupować soki, nie soki, owoce, załatwiać, ogarniać, robić… Wydudliłam dwa kieliszki i poszłam, a co. Razem z potem spływał stres i alkohol z całego roku. Gdy wyszłam, prawie wszystko było załatwione. Mogłam się tylko smsem nie dowiadywać, że Kub. ma taki pociąg, że przyjedzie na godzinę przed ślubem. Tak, to trochę mnie poddenerwowało, ale na chwilę tylko. Na wszelki wypadek napisałam do Taty, błagam, weź aparat, bo Kub. będzie w ostatniej chwili. Taka historia.

Nałogi i nałogowi mężczyźni w Kołobrzegu, J. w Kołobrzegu, moi rodzice w Kołobrzegu, rodzina z Poznańskiej w Kołobrzegu, Rodzona w Kołobrzegu. Każdy gdzie indziej, ale spotykało się kogoś co chwilę, bo Tato, dowieź nasze wino do knajpy, Rodzona, weź mi przywieź to i to, kup pomadkę, użycz bagażnika. Pierwszy raz używałam trybu rozkazującego, a wszyscy po prostu robili. Nie do uwierzenia.

WP_20170817_010

Czwartek nastąpił jak grom z jasnego nieba. Bawiłam się telefonem i poszłam do fryzjera. Czas przyspieszył. Wskazówki zapierdzielały. Założyłam kiecę. Szpile. Wyszliśmy, za łapki, na piechotę. Zatrzymuje mnie nieznajoma, gdzie pani kupiła sukienkę? Po chwili druga: „Jaka ładna sukienka!”. Najpierw pytam H., czy to mi się śni, potem schodzę na ziemię i zadaję pytanie bardziej prozaiczne.
– Wzięliśmy obrączki?
– K****a!!!
W tył zwrot, sprint pod hotel, ja zostaję sama, idę wolnym krokiem. Czegoś mi jeszcze brakuje, dzwonię do Rodzonej, robi wywiad. Buty na zmianę? Mam. Dowód? Jest. Obrączki? Biegną. Czyli wszystko wydaje się być… Nie, nie było. Nie, nie zdążyłam wrócić po moje kwiaty, o których przypomniałam sobie już zbyt późno. Żałuję, bo były ładne, długo wybieraliśmy. Trudno. I przed urzędem jakoś pusto. To był najgorszy moment, gdybym wiedziała, że są dwa wejścia, nie dostałabym zawału, a tak dostałam siedmiu. Na szczęście nastąpiło nagłe zderzenie z Kub. Szybkie wspólne selfie w lustrze USC i wciela mi się tu on nagle w rolę fotografa na serio. Gra muzyka, ja i H. coś podpisujemy, świadek jest, ale Rodzona się gubi i po chwili odnajduje dopiero, też coś podpisuje i nagle już się dzieje. Działo.

Czy byłam wzruszona? Jak diabli. Byłam szczęśliwa, kochająca Kołobrzeg, urząd, prezydenta udzielającego ślubu. Wszystkich gości. I świat. I to, że do knajpy idziemy na piechotę. I słońce za to, że świeci. I to, że kolebie się pod sufitem kilka balonów z helem. I menedżerkę knajpy i DJ-kę. I pyszny obiad. A po obiedzie mini koncert… Koncert był piękny, mogę już teraz powiedzieć: jak zawsze. A po mini koncercie, kiedy J. wziął mikrofon, to ja już się śmiałam, zanim wiedziałam, o co chodzi. Mój śmiech zmienił się w rechot, gdy oświadczył, że napisał coś „dla swojej przyjaciółki i swojego profesora, który postawił mu tróję”, a rechot w kwik, gdy czytał to, co czytał. Jedyne, czego można żałować, to wysokie wyrafinowanie tekstu, czy raczej, wyspecjalizowanie, na skutek czego w kwiku swoim byłam nieco odosobniona, ale tylko nieco.

IMG-20170822-WA0001

No a potem było potem. Najlepsze podsumowanie imprezy: każdy robił, co chciał. Ciepła noc, więc były spacery nad morze, wychodzenie, wchodzenie, tańczenie, palenie, picie, gadanie… Byłam w cyklonie miłości, w centrum miłości. Od panieńskiego do… nie, nie do czwartku. Bo choć ślub był w czwartek i w czwartek natańczyłam się, nałaziłam, najadłam i napiłam za kilka ostatnich lat, to przecież koniec jeszcze majaczył w niejakim oddaleniu…

W piątek moja głowa wyraźnie dała znać: nie pilnowałaś się koleżanko, a na własnym ślubie miałaś tylko symbolicznie… Jak można tylko symbolicznie na własnym ślubie? Odpowiadam, obrażam się, przekręcam na drugi bok. A potem się uśmiecham, szczerzę, wtulam, witam, ała, głowa, ale witam ciebie mój ty, mój ty. Godzina mniej więcej dziesiąta. Śniadanie, kac, doba hotelowa zbliża się ku końcowi, tik-tak. Orientuję się, że nie mam swojego ślicznego bikini, nowiutkiego, morskiego w seledynowe małe groszki. W recepcji nie wiedzą, na basenie nie wiedzą. To tylko rzecz, pocieszam się i wychodzimy jeszcze na spacer, na obiad… Z pół godziny przed pociągiem dzwonią w hotelu. Kostium przyjechał z pralni. Słucham?? Musiała go pani ze zużytym ręcznikiem wrócić, więc go wyprali. Odbieram bikini opakowane elegancko w folię, kłaniam się, dziękuję, pociąg, tuf tuuuuf.

W Warszawie byliśmy o 23.00. Jako że nie umiem spać na siedzącą, kiwałam się w ogłupieniu, oczadzeniu, szłam na czworakach prawie, ale doszłam, doszliśmy. Kiedy w sobotę zadzwonił budzik, odmówiłam posłuszeństwa. I do Lublina, na – nazwijmy to – poprawiny pojechaliśmy dopiero po południu. Akurat zmroził już Dziadek wódkę, schłodził wino, pokroił wędlinę i cały szczęśliwy. Babcia mniej, bo zapomniała, po co przyjechaliśmy. Podkładam jej obrączkę pod nos, obejmuję, ściskam, wyściskuję, krzyczę do ucha, zaświeciło. Nawet przypomniała sobie, że dała Mamie prezent do przekazania, przekazany? Si.

Jest też Cioteczna i malutka, śliczna Zosia. Siadamy do stołu, aby nie wstawać od niego przez następną dobę. W szyby zacina deszcz, a ja w swoim domu rodzinnym, może bez Rodziców, bo zostali nad morzem, ale za to z Cioteczną, no i doczłapuje się z Kołobrzegu Rodzona z samochodem wyładowanym moimi prezentami. Odpakowujemy, Jedynka i Dwójka zachłannie pomagają, szarpią papier. Na koniec spotyka mnie ze strony Dwójki niespodziewany cios, sztylet w serce:
– Myślałam, że będziesz w sukience, Ciociu. Ja w ogóle… – cisza – w ogóle tak chciałam być! – oskarżycielski wzrok, moje wyrzuty sumienia jak stąd do Zachodniopomorskiego. Uciszam je tuleniem, pokazywaniem prezentów i rozdawaniem czekoladek. A na końcu znowu Lublin-Warszawa i moje błagam, błagam. Chcę zapamiętać to do końca życia, da się? Da?

E.

Niedziela. Ja.

– Dziadku, pożycz mi aparat.
– Nie masz aparatu?
– Mam taki stary taty, z którego nikt nie umie korzystać poza nim i taki super od koleżanki [z którą się nawet, gwoli publicznego pokajania, jeszcze nie rozliczyłam], ale nie chcę brać za dużo bagażu.
– To masz.
Chwila ciszy.
– Wiesz co, weź go sobie. Ja robię zdjęcia komórką.
– Spoko.
Aparat do kieszeni. Taki małpowy, mini, dla ludzi bez rozumu, taki na wszelki wypadek i jak się nie mieści prawdziwy. Chowam i zapominam. Wracam. Przygotowuję się, pracuję, żyję. Potem pakuję. Aha, aparat. Biorę, włączam. Bateria chodzi. Pamięć pełna. Nieskasowane zdjęcia. Oglądam. Walizka rozwalona jak ryj smoka wawelskiego. Siedzę i oglądam. Siebie. Siebie. Siebie. Rodzoną. Siebie i Rodzoną. Cioteczną. Siebie. Rodziną. Cioteczną. Siebie, Rodzoną i Cioteczną.

Siedzę. Siedzę. Siedzę…

E.

Najlepszy panieński świata tego

Nie wiem, jak to się stało. Że jest druga rano, a ja nie jestem na rauszu. Nie to, żebym codziennie o drugiej rano na rauszu bywała, nie… Ale chyba cały ten panieński sprawił, że wszystkie promile świata wyparowały, układając się w jedno, wielkie różowe serducho ze łzą wzruszenia w rowku.

Wróciłam i jestem w stanie pisać. O tym, że spotkałyśmy się na ulicy X i zaczęłyśmy dziwnie, od popularnej ostatnio rozrywki pod tytułem escape room. Zanim wyszłam, wyjaśniłam Jedynce, że prośba „Ciociu, ale zabierz mnie ze sobą na ten panieński”, była nie na miejscu, bo „Przecież jesteś facetem”. Wyszła z tego smutna konkluzja, że w takim razie wezmę Dwójkę, ale uspokoiłam, że nie, że Dwójka nie chce, bo ogląda bajkę. Happy end.

Trochę się bałam mieszanki wybuchowej, Rodzona i Nałogi? Równik z biegunem? Żyd z gojem? Jakoś tak? Zagadkę w escape room jednak rozwiązałyśmy, ciekawe doświadczenie. Kiedy wyszłyśmy dostałam informację, że „teraz spacer”.

A przecież byłam na obcasach…

Najpierw był budynek, gdzie mieściła się knajpa Alabama, licealne sylwestry, osiemnastki… Szłyśmy sobie wokół i ja się napawałam samym widokiem i kiedy usłyszałam gitarę i usłyszałam komentarz „Ooo, ktoś gra”, to oparty o ścianę J. naprawdę został przez sekundę uznany mocą zdumionego umysłu za przypadek. Dopiero tekst powoli dochodzących do mnie słów piosenki na temat implikacji i negacji i transcendencji otrzeźwił.

Wgapiałam się w dziewczyny i w J. na zmianę, on dośpiewał, co miał dośpiewać, wyściskał i sobie poszedł. Ja dostałam pierwszą serię pytań na temat H. Część testu oblałam, ale warunkiem uzyskania wskazówki na temat kolejnej części spaceru było uzyskanie 75 proc., tyle miałam. Zagadkę odgadłam i poszłyśmy na Strefę, tam, gdzie przed każdymi lekcjami się widziałyśmy, codziennie, przed maturą też.

To tam związano mi oczy, człowiek ze związanymi oczami prowadzony miastem pełnym turystów (bo akurat w Lublinie Carnival Sztukmistrzów) czuje się jak debil. Czułam się, nie wiedziałam, gdzie idziemy, schody, kraty, zapach, chustka z twarzy zdjęta i jestem w swoim… liceum. Podobno kolejnym punktem programu miał być mój nauczyciel, ale nie dojechał. Mój ulubiony, rzecz jasna i – rzecz zupełnie niejasna – od… religii.

Seriously.

Poszłyśmy (tak, rozwiązałam kolejną rymowaną zagadkę z serii „Gdzie teraz?”) na UMCS, pod Wydział Filozofii. Tak, byłam zdumiona, że następną zadaje mi za pomocą puszczonego w telefonie filmiku… mój własny, prywatny H. Zagadka, której nikt na świecie by nie zgadł, zagadka-kod, nasz, nasz własny, związany przecież właśnie z Wydziałem Filozofii. W ten sposób odgadłam, gdzie idziemy następnie i znalazłam się na kolacji, na której czekała jeszcze jedna przyjaciółka z LO, pozanałogowa, ale jednak. Tam wyjęty został laptop i puszczony filmik. Na mój temat, ze mną w roli głównej. Seria zdjęć, których nie kojarzyłam już, filmików nagrywanych pierwszymi telefonami, wśród nich bezcenny materiał, na którym mówię, że „z tego coś będzie, nie tylko łóżko”. Ciekawe, o kim mowa… Bo ja wiem i jestem szczęśliwa, że wiedziałam to już wtedy.

Nie przesadzacie, dziewczyny? Pytam zdumiona, zachwycona, wzruszona, przejęta. Wciąż na obcasach. Chyba nie, ostatnim punktem programu, po kolacji, była po prostu dyskoteka. Nie, nie polubiłam dyskotek. Chciałam się pobawić, ale po godzinie już mi się nie chciało. Wtedy też spotkałam koleżanki z tak zwanej podstawówki. Ale to już naprawdę przez przypadek. Buty paliły do żywego, a ja byłam tak zmęczona i taka szczęśliwa. Że aż sama nie wiem, czy to mi się nie śniło.

Druga rano. Lublin. Miłość.

E.

Każdy człowiek zasługuje na szacunek, ale czasem na mniejszy


A ponoć moim krewnym był żołnierz-poeta
Co za Kościuszki szyj chciał biskupów, magnatów;
Ach czyżbym po nich przejął jakobiński nietakt
I czci brak dla błękitnej krwi i purpuratów?

Jacek Kaczmarski, Drzewo genealogiczne


Kiedy przyjechałam do Warszawy jako mała, zalękniona życiem suczka z gatunku homo sapiens, czekałam na H., który miał dojechać. Czekając, znalazłam swoją pracę, na temat której wszyscy mi wmawiali, iż jest moją pierwszą pracą na serio, a ja wierzyłam, zagłuszając swój instynkt. Instynkt podpowiadał mi, że zlecone godziny na uczelni i korepetycje też były serio.

Ale wtedy byłam za głupia na słuchanie instynktu.

Praca była w stowarzyszeniu organizującym festiwale filmowe. Na festiwale składają się konkursy, pokazy specjalne i warsztaty. Pracowałam przy tych pierwszych, głównie jako mieszanina hostessy z sekretarką, choć moje stanowisko nazywało się mądrzej i ładniej. Odpowiedzialna byłam za gości i za biurokrację. Goście byli ważni i znani, a ja byłam ich pierwszym kontaktem, strażnikiem, koordynatorką transportu i osobą, z którą jadali obiady w eleganckich restauracjach, zabawiani moim żałosnym small talkiem.

Jedni traktowali mnie jako osobę do towarzystwa, inni jako służącą. Mieli znane nazwiska, a ja na ogół musiałam ich googlować, gdyż prawie nie chadzam do kina i znana buźka to dla mnie terra incognita. Najważniejsze okazało się jednak to, że statystycznie na dziesięć nabytych w ten sposób kontaktów, obdarzałam sympatią dwie osoby. Wielu nie znosiłam, ale byłam za głupia na instynkt, bo to kochanie, córeczko twoja pierwsza praca na serio.

Aha…

*

Minęły trzy lata. Ze stowarzyszeniem rozstałam się, z założeniem, że możemy współpracować od czasu do czasu. Pamiątką po pracy stałej tam właśnie są rozognione wrzody i wspomnienie sytuacji, które być może na wyrost uważam za upokorzenie, ale jednak uważam. Szef bowiem kazał mi realizować w praktyce wyobrażenia gości na temat tego, czym jest gościnność. Nawet jeśli te wyobrażenia były bardzo odległe od moich.

VIP-ów od tamtego czasu nie lubię z założenia, zakładając, że już aby się nim stać, trzeba być trochę chorym na głowę, choć myśląc tak, jestem niesprawiedliwa – wszak pan Janusz, Paweł, Agnieszka, Wojtek, Antek i Mateusz są świetni, byli świetni. Tylko że na siedem festiwali, na których miałam po sześciu-ośmiu „gości specjalnych” ta garstka to niewiele.

W tym roku pojechałam w innym charakterze, pod moją kuratelą były warsztaty. Pod kuratelą logistyczną, rzecz jasna, bo nauczyć to ja nie nauczę w materii filmowej nikogo i niczego. Było dużo młodzieży, sześćdziesiąt sztuk z czterech państw europejskich. Przepychałam się z nimi nieraz, bo zniszczyli wykładzinę w hotelu, nie dość intensywnie spieszyli się na autobus, nie zawsze sprzątnęli po swoim obiedzie dowożonym im na plan, no i dwukrotnie wylądowali wraz ze mną, jako tłumaczem, u lekarza. Widziałam więc francuskie obnażone pośladki, bo lekarka upierała się, że ona ani be ani me i mam zostać, a raz po drodze zgubiłam trzech Węgrów, szczęśliwie jednak odnalezionych.

Czy się irytowałam, czy byłam spokojna, jedno było faktem – warsztatowicze używali słowa „dziękuję” kilka razy dziennie. Niektórzy kilkanaście.

*

Dwa dni przed zakończeniem festiwalu koleżanka opiekująca się VIP-ami spadła ze schodów, skręcając sobie spektakularnie kostkę. Przejęłam jej obowiązki, doprowadzając się do stanu chodzenia na czworakach, ale mus to mus, a dla niej bym zrobiła wiele.

Tylko że na pięć osób cztery były okropne. W jaskrawym zestawieniu z młodymi uczestnikami warsztatów uznałam, co następuje: to był ostatni raz. Mogę pracować po kilkanaście godzin na dobę, mogę zachrzaniać, mogę biegać, mogę nie spać, mogę się poświęcać, ale mam w głębokim ciemnym rowku tych, którym świat wmawia, że są ważni, a oni nie są.

To znaczy są, bo każdy człowiek jest. Ale aby wywołać we mnie szacunek należy po prostu być przyzwoitym. Grzecznym, mądrym życiowo i inteligentnym. Wrażliwym i odpowiedzialnym. A tego nie uzyskuje się znaną gębą. Ani tytułem naukowym. Ani liczbą dyplomów. Ani stanowiskiem. I tego jako jednej z nielicznych w życiu rzeczy jestem tak cholernie pewna…

E.

 

1 2 3