No i ja mu wtedy powiedziałam…

… o tym, jakie ma szczęście cholerne, że to właśnie ja. Nie sądzę, aby przejął moją perspektywę i uznał, że jest urodzony w czepku głębszym i osłodzonym bardziej niż dziecko empatycznych milionerów o dużym poczuciu humoru, ale się dowiedział o tych innych, moich koleżankach, z którymi mężowie nie mogą wymieniać się uwagami na temat pięknych nóg tej laski, co wysiadła z Alfa Romeo, bo już czują zagrożenie samym faktem ich istnienia. O tych innych, moich koleżankach, które nie pozwoliłybyProjekt bez tytułu, aby szafa w częściach i pudłach stała dwa miesiące, bo przecież nie zrozumiałyby, jak ważny jest właśnie ten artykuł, jego dokończenie. O tych innych, moich koleżankach, które nie lubią robić zakupów same i wyłącznie same. O tych innych, moich koleżankach, które wymagają męskiej obecności w kuchni, gotowania obiadów ramię w ramię, krojenia cebuli jednym nożem. O tych innych, moich koleżankach, które mają osobny pokój do kosmetyków i nie zrozumiałyby, że nienawidzisz zapachu lakieru do paznokci. O tych innych, moich koleżankach, które chcą wyjść, klubów, piwa w gronie roześmianych znajomych, a nie oglądać film przyrodniczy w dresie. O tych innych, moich koleżankach, które obrażają się na brak prezentu urodzinowego, imprezy niespodzianki, bo nie rozumieją, że czasem łatwiej jest powiedzieć, co by się chciało i wieczorem iść na wino. O tych innych, moich koleżankach, które nie godzą się na pomysł, aby zmiana opon leżała na ich głowie, a w ogóle to chyba płyny nie były dawno wymieniane.

O tych jeszcze innych, moich koleżankach, jednak nie opowiedziałam. Tych, które pieką ciasta, bo lubią, zawsze z zamrażarki wyjmą obiad po prostu do odmrożenia, hodują piękne kwiaty, odciągają od komputera w trosce o zmęczone oczy, wymyślają wakacje w Grecji i pokazują plan wycieczki, do którego nawet nie musi, ten inny, przykładać palca, a potem rodzą różowe dzieci i z płaczem wzruszenia obserwują razem z nim pierwsze stawiane literki, bo siedziały z nim cały wieczór.

O tym nie. Nie.

Fontanna

Nie był istotny powód, powodu może nawet nie było, a może był taki, że wszyscy, większość może, od czasu do czasu musi wyrażać emocje poprzez banał, czyli chlipanie i ostentacyjne ocieranie strumieni wody spływającej z kącika oczu przez płatek nosa do ust i na brodę. Nie różnię się od wszystkich niczym, więc poszłam i ja, pod fontannę, gdzie chlipałam nad życiem i przemijalnością, na zimny bruk, przechodzącego pieska, Warszawę i świat. Noc była, więc psów dużo, ich właściciele w panice wołali, do nogi, do nogi, bo bali się mnie, tego że psy podchodzą i trącają nosem a ja nie mówię tirlipirli piesku, a jaka to rasa, oj śliczny, tylko chlip i chlip. Potem podszedł jeden pan i spytał, czy może czegoś potrzebuję, ale nie potrzebowałam, powiedziałam, że tak sobie siedzę tylko. Pan powiedział, że nieprawda, że nie siedzę tak sobie i mogę mu wszystko opowiedzieć, ale ja nie miałam wiele do powiedzenia, gorzej, wszystko w potencjalnych słowach wydało się tak głupie, że próbowałam i nie wyszło, więc usiadł obok i opowiadał on sam, że alkohol, że praca w bibliotece, że zdrowie, że żona, no i sam zaczął w pewnym momencie tak to wszystko przez nos i tak siedzieliśmy jak para idiotów, potem powiedziałam do widzenia, dziękuję, że pan się dosiadł i poszłam, on został jeszcze, a właściciele wołali na psy, do nogi, do nogi, do nogi.

Tak to przegrałam turniej z twarzą

Wychodzi tomik. Przepraszam, w kręgach nie można „tomik”. Podobno infantylnie. Wychodzi książka poetycka. Pierwsza dwudziestka z internetu to kwestia dni, oczywiście znajomi kupują, bo ja intensywnie… chwalę się. Nie wiem, chyba bardziej czasownik ekscytuję jest na miejscu, choć zapożyczony, ale jeśli ktoś to nazwie chwaleniem, nie będę płakać.

Jest kilka spotkań, kilka takich, które będą się śnić jeszcze dekadami. Kilka zwyczajniejszych, tak sobie to nazwijmy. Wydawałoby się: przedsionki Edenu.

W tle toczy się życie. Gotowe na to, aby wylać na nie wiadro pomyj, narzekać do tego stopnia, że urosną wrzody i afty wokół jamy ustnej. Ja tak narzekam, niestety. Usiłuję oduczyć się, modlę się o uzdrowienie, ale nie mogę. Przegrywam. Nie mogę ustawić optyki life balance, satysfakcjonująca i dobrze płatna praca, czas na hobby. Nie mogę ustawić jej od kilku lat. Próbuję. Serce mówi mi co innego, rozum co innego, płuca co innego, mąż co innego. Bo ja bym mogła mieć albo tę dobrze płatną albo tę mającą sens etyczny i metafizyczny. A tymczasem mam obydwie i coraz bardziej wątpię w realizację tych pięknych, tęczowych planów, którymi żyłam od lat.

Tak chciałam skończyć „Wojnę literacką”…
Tak chciałam napisać większy kawałek prozy…
Tak chciałam pojeździć wreszcie na rolkach z ochraniaczami, które leżą w szafie nigdy nieodpakowane.

Rzucić szkołę. Tak, to by było najlepsze. Tylko czy ktoś może zrobić to za mnie? W sensie: za mnie pójść to powiedzieć. Wszystkich zainteresowanym.

E.

To nie jest kraj dla niegłaszczących ludzi

To mały coming out będzie. Zawsze okazuje się, że ktoś jest gejem albo #meetoo, ma związek z grupą wyizolowaną społecznie, stygmatyzowaną. Leczył się na alkoholizm lub dokonał aborcji.

Ja też kimś jestem.

Mały coming out będzie dla sportu. Pewnie ważny wpis dla mnie, choć czytają to ze dwie osoby, ale w sumie na liczbie mi nigdy nie zależało. A może inaczej: właśnie dlatego robię to tu, na FB jeszcze nie jestem gotowa i nie będę, bo po co mam być?

*

Dawno, dawno temu działo się wiele złych rzeczy. Byłam lubiana i każdy zapraszał mnie na urodziny.
Brzmi dobrze? Niesłusznie. Bo nie znosiła mnie jedna osoba.
Ja sama.

Odsuwałam to na bok konsekwentnie, bo chyba nie zdawałam sobie sprawy nawet z tego, że tak jest. Czasem tylko musiałam siebie samą przekonywać, patrz, zadzwoniła K. i G., a W. napisała, że beze mnie nie wyobraża sobie wyjazdu, a ciocia I. powiedziała, że jestem wyjątkowa, R. powiedział, że musi poznać moje zdanie, bo się z nim liczy, a J. tak fajnie i ciepło wyściskał po powrocie z wakacji. Takie wyliczanki zdarzały się każdego dnia prawie. Miałam ochotę je zapisywać, przywoływałam je, rozpamiętywałam, pieściłam się nimi. Każdego dnia musiałam siebie przekonywać, że jestem coś warta, bo ten, tamten i tamta, bo urodziny, smsy, listy i liczenie się z moim zdaniem. Bo inni.

Nie kłóciłam się z koleżankami, nie kłóciłam się z rodzicami, nie kłóciłam się z nauczycielami, w ogóle się nie kłóciłam. Czasem powiedziałam, co myślę. I gdy okazywało się to nie spotkało się z aplauzem, że niepopularne, że odebrane przez innych do siebie, że przykre, źle zrozumiane, to ja chorowałam. Fizycznie.
Nie ma tu hiperboli ani przenośni, ani nawet symboliki. Po prostu fizycznie.

*

A jednak nie da się zawsze przytakiwać. Od czasu do czasu ciało i emocje skumulowane nad żołądkiem kazały mi iść pod prąd. Wszyscy mieli koty, mnie ręce wyrywały się do psa. Czułam się jak homoseksualny Murzyn w Tennessee. Co robiłam? Owszem, szłam tam, gdzie mnie wołał instynkt.
Ale w ukryciu.
Niewierząca, pokłócona z wiarą oddzielnie i oddzielnie z instytucją, potulnie stałam w kościele na bożonarodzeniowej mszy, bo E., no chodź z nami. Pytana przez ciocię, babcię i wujka, czy lepiej mieć córeczkę czy chłopca, nie mówiłam, że nie planuję dzieci. Opowiadałam rodzicom z własnej woli o tym, co u mnie, ale tylko o tych wydarzeniach, co do których byłam pewna, że im się spodobają.

Kompromis to słowo z pozytywną konotacją, panie, ale co robić, skoro czułam się tak, jakbym czuła się dziś, obwieszczając światu, że obozy koncentracyjne były wyłącznie niemieckie, ale nie możemy wykluczyć, że trochę także polskie.
Czułam się jak gówno, innymi słowy. Wiecznie. Od poniedziałku do piątku i w weekendy. A już najgorzej przy tych, na których mi zależało. I to nie coraz mniej. Uczucie niewygodne jak przyciasne spodnie nie zniknęło z pryszczami. Przeciwnie, zaczęło nasilać się wraz z utratą kolagenu, podobno następuje to powyżej oczka, czytaj: lat 21.

*

To nie był tragizm Antygony, wojna, głód czy pożoga. Dało się żyć i jakoś żyłam, dopóki nie musiałam podjąć najważniejszych decyzji życia komuś wbrew. I nastąpił kryzys, którego szczegółów oszczędzę i o którym w ogóle nie wiedziałam, że ma cokolwiek wspólnego z moim wiecznym, ale proszę, nie gniewaj się na mnie, przyznam ci rację, ale nie może być niemiło, tylko nie niemiło! W każdym razie skończyło się wenlafaksyną i na wszelki wypadek jeszcze hydroksyzyną.

*

Nigdy nie wierzyłam w ideę terapii, była dla mnie śmieszna jak trąba słonia, naciągana jak opowieści Macierewicza i przereklamowana jak życie bez cukru. Ale czepiłabym się wtedy wszystkiego. I nie, nie przeszłam na ciemną stronę mocy, nie sądzę, że „każdy powinien kiedyś iść”, nie sadzę, aby miała wpływ na tę nieuchwytną, metafizyczną część człowieka, w ogóle nie sądzę. Po prostu po jednej beznadziejnej próbie i drugiej równie beznadziejnej trafiłam na trzecią.

Nie, nie olśniło mnie, że matka nie dawała mi piersi, a ojciec nigdy nie pytał, jak się czuję, a dziadek nie dał wtedy cukierka i przez to jestem taka i śmaka. W ogóle niczego się o sobie nie dowiedziałam nowego. Ale zostałam nauczona pewnych mechanizmów, właściwie to zostałam niejako wytresowana jak pies do aportu i podawania łapy. Miałam tylko wychwytywać każdy moment skurczu w żołądku i naprawiać go natychmiast. Każdy skurcz wywołany nieszczerością, brakiem odwagi, tego i owego, że ja to sądzę inaczej, a w ogóle to nie rozbawił mnie ten żart, sądzisz więc, że jestem drażliwa na swoim punkcie? Może i tak, ale skoro jestem, to po co żartować?

*

Wydawałoby się, że wszystko się sypnie. Nie sypnęło. Jest lepiej.

Tak, bywało niemiło, raz to „niemiło” tylko oczyszczało atmosferę, bardzo rzadko zatruło. Ostatnio zatruło. I znów byłam spanikowana, że coś spieprzyłam, że dałam dupy, że przesadziłam i… nie.

Nie. Jak Paolo Coelho albo elektroniczny kreator złotych myśli, po pewnej burzliwej dyskusji, dochodzę do wniosku, że, uwaga: Lepiej być w niezgodzie ze znajomym niż z samym sobą.

*

The end.

Happy end.

All inclusive cz. II. O hotelach i podróżach

Właściwie co można pisać, skoro jeszcze jest się w szoku i jeszcze się nie rozumie, że naprawdę siedzi się w samolocie i wraca? Określiliśmy wspólnie tę podróż jako nie turystyczną a duchową, no i taka była, choć właściwie nie wiem, czy większość podróży z zasady na tym nie polega. Moich chyba tak, jednak. Dupa ze mnie, nie turystka.

Kilka razy chciało mi się płakać, ale to był taki płacz działający na zasadzie płynącego prądu w zabezpieczonym kablu, prześwietlała mnie bolesna jasność, kij z patosem, a potem w oku gromadziła mi się sól. Tak było, gdy żyrafa zjadła mi z ręki jabłko. Gdy w wysokiej skale odkryliśmy dziurę: jak się przez nią patrzyło, oglądało się fale wpadające z hukiem na kamienną ścianę. Gdy drogę zaszedł mi wielki, czerwony krab. Gdy zaskoczył nas przypływ i drogę powrotną pokonywaliśmy po kolana w wodzie, a ocean chlustał nam falami prosto do uszu, na okulary i przeciwsłoneczne kapelusze.

Nigdy nie miałam takiej podróży. Moje wędrowanie, ograniczone i dość rzadkie, to wieczna samotność z walizką w ręku, samotne polskie hotele, zielone agroturystyki, lotniska, stresujące przesiadki, spotkania w portach i miejscach docelowych z długo niewidzianymi, pięknymi kobietami, którym powoli zaczynają wokół oczu pojawiać się drobne kreseczki, których jeszcze nie było, gdy widziałyśmy się po raz ostatni. To informowanie H., że jestem, jestem, dotarłam. Nigdy nie myślałam, że można podróżować we dwoje inaczej niż rowerem, bo wydawało się, że moje lotniska, pociągi i walizki to nasze wspólne fatum. Właściwie dziwnie się czuję, gdy ktoś ze mną jest. A przecież nie potrafiłabym – chyba – sama przeżyć złotego piasku, winorośli w wulkanie, słońca prażącego skórkę oceanu jak gorący olej praży nieraz bezbronne orzeszki.

20171229_122714 20171229_15493520171230_10240420171223_133254 20171229_153320

Tylko płaszczki się nie udały, moje myślenie życzeniowe, H. usłyszał, że jak ktoś ma szczęście to w basenie portowym są płaszczki wielkości blatu, które chętnie jedzą bułkę z ręki, a ja usłyszałam po prostu, że w basenie portowym są płaszczki wielkości blatu, które chętnie jedzą bułkę z ręki, stąd wyprawa do oddalonego w sumie sporo miejsca, krążenie wokół jachtów i statków, wyszukiwanie na google grafika płaszczek, pokazywanie ich autochtonom i zadawanie pytania po polsku: gdzie? gdzie? Tam, odpowiadali oni i wskazywali miejsce na wodzie, ale żadnego tam w efekcie nie było.

I ten hotel inny taki, jasny i radosny, podczas gdy moje hotele to przecież lekki niepokój, zamykanie z trzaskiem nieoswojonych nigdy jedynek, sprawdzanie kaloryferów, patrzenie w sufit, układanie sobie celu i sensu obecności siebie tutaj właśnie. A razem, na Fuercie, nie ma co układać, po prostu jest się, jest i wyciąga ramiona do słońca. Come to me honey, come to me.

No i przyszło. Moja skóra zbrązowiała, zakryła tę piekącą biel, która tylko czeka aż wyleźć, jak zadrapania i wybrzuszenia pod farbą. I pewnie wyjdzie już za tydzień, za dwa. Pewnie wyjdzie.

All Inclusive, część pierwsza

To właśnie ten typ wakacji, o którym myślisz, że jest dla innych. Do czasu. Do czasu, gdy z własnej woli, woli, pfff, mało powiedziane, siłą własnej, osobistej perswazji, nagle pozwalasz sobie włożyć opaskę na nadgarstek i rozglądasz się, gdzie te drinki.

Przyjechaliśmy w czwartek. Chciałam, aby moim problemem było to, gdzie siąść, na leżaku czy piasku. Wybłagałam. Kupiłam dla H. koszulkę z palmą i napisem Take me to San Escobar, sobie kiecę w paski (Anna!). Pieniądze ze ślubu plus moje ostatnie pracowe szaleństwa, dzięki którym może i poczułam się krezusem, ale jednak umierającym krezusem. Kolacja, ogarnianie wielkiego hotelu, gubienie się, kiwanie głową, nauka nowych zasad, wkurzanie się na angielski Hiszpanów, ot dzieci z Lubelszczyzny i Pomorza w nowym świecie. Czwartek minął na piciu alkoholu i rozglądaniu się.

W piątek obudziło mnie słońce i cholerny ból głowy, wzięłam apapy, nałożyłam na talerz górę żarcia, włożyłam kostium kąpielowy i czapkę świętego Mikołaja, wzięłam Twardocha i nastąpił etap pod tytułem plaża. Nie umiem na plaży leżeć, ale umiem na plaży czytać, słońce gładziło mnie po plecach, H. wchodził do oceanu. „Król” wciągnął tak samo jak onegdaj „Morfina” i „Drach”. Kocham tego śląskiego buca. Nic na to nie poradzę. Jego zimna proza przypomina trochę oddech śmierci, trochę uspokaja: więc jednak nie jestem taką nihilistką, są gorsi.

Po plaży na zmianę spałam i leżałam, byliśmy też na spotkaniu z rezydentką. Ziewałam chwilami, gdy proponowała to i owo z tak zwanych atrakcji, mazałam kółka po kartce papieru, ale nagle doszło do mnie, że na wycieczce do Morojable (vel Moro Jable) można zobaczyć płaszczki wielkości stołowego blatu. Jęknęłam. Pisnęłam. Dopytałam. Dowiedziałam się. Że wielkie, że podpływają, że można je karmić bułką i na pewno zjedzą. Bez mrugnięcia okiem odłożyłam górę euro na płaszczki. Kolejne na saunę, bo Kanary Kanarami, ale wieczory chłodne.

W sobotę poszliśmy na długi, abstrakcyjny spacer, jarając się jak sześciolatek świętym Mikołajem. Wydawałam dźwięki. Dużo dźwięków. Wulkaniczne kamienie pokryte mchem wyglądały jak wielki brokuł. Szłam więc po brokule, słońce wskazywało mi promiennym paluszkiem szlak. Wiało tak, że chciałam zrobić latawiec z ręcznika i odlecieć wpizdu. Wyjaśniłam mojego kulturalnemu mężowi, czym jest „wpizdu”. Że właściwie wszystkim. Wulkany na horyzoncie przyspieszały bicie serca, ale tętno regulowało wciskanie stóp w piasek. Kilka wspięć, przeskoków, odpoczynków, nogi poczuły.

20171223_110448 20171223_125035

W niedzielę odkryłam, że jednak nie jestem alkoholiczką, bo na myśl o białym winie zrobiło mi się lekko mdło. Wypożyczyliśmy rowery, upewniając się na własnej skórze, że Fuerteventura nie jest rajem rowerzystów. A mimo to, gdy w pustynnym krajobrazie z triumfem, ubabrana smarem sama włożyłam łańcuch, który zleciał był od nadmiaru kamieni, poczułam, że jeśli nie byłabym tu, mogłabym tylko być przy rodzinnym stole i śledziu w śmietanie z jabłkiem. Żadne nadęte europejskie miasta pełne ludzi i obrażonych na świat zabytków nie dałyby mi tej euforii.

20171224_122135

Potem tylko połączyłam się messangerem z Lublinem. Rozmowa i kamerka. Używałam aplikacji dodając sobie co chwila rysunkowy uśmiech, czapkę Mikołaja, nos renifera albo animowane łzy. Rechotaliśmy z tego z tatą jak idioci, potem mi się trochę zachciało płakać tak na serio i bez animacji, w efekcie uznaliśmy, że ja żałuję, że nie ma mnie tam i oni też, ale także tego, że nie ma ich tu. Oni też.

E.

Jak wpadłam w czarną dziurę i jakie są szanse wydostania

To było we wrześniu, może nawet pod koniec sierpnia. Zachwycona nowym grafikiem z co drugą niedzielą zupełnie wolną, a z co drugą pracującą (ale zupełnie, i to zupełnie do 12.00), a także lekko zestresowana nową współpracą z kimś, kto chce mi płacić i jeszcze za pisanie, bylebym była dostępna jakieś kilka godzin co drugi dzień, odebrałam telefon.

Moja Dyrektorka. Lubię ją. Ale to, co usłyszałam zachwyciło mnie w sposób niekonieczny. Jeszcze odpoczywałam po najlepszej imprezie świata tego, jeszcze nie zrozumiałam, że lato naprawdę minęło, a ja wzięłam może ślub, ale nie z porą roku, a tu taka prośba: E., bo jesteśmy w dupie, odeszła M., kilka polonistek było na rozmowie, ale są fatalne.

Rzut oka na grafik: to niemożliwe. Aha, aha, to do widzenia, ufff. Drugi telefon nastąpił po dobie. Że może przemyśProjekt bez tytułulę, że zbiją mi w trzy dni wszystko, że… Ale ja wtedy od rana do późnego wieczora będę, bez przerw na obiad, jąkałam się, powoli myśląc, że powinnam pomóc, że… ale powiedziałam, że nie. Nie. Komunikat z trzeciego telefonu brzmiał: dopóki kogoś nie znajdziemy, dobrze? Ustawimy wszystko, jak chcesz. Powiedziałam: ok.

*

Potem była czarna dziura. Szkoła, korki, pisanie, przygotowywanie się na lekcje, to przesrane przygotowywanie się, i odkrycie: ej, to polskiego już tak nie lubią jak historii? Nie ma, niech nam pani jeszcze coś fajnego opowie, a jest, czy naprawdę musimy to pisać? No jak to, jak to? Jeszcze ta odmiana przez przypadki, te osiem lekcji bez okienka pod rząd, potem gnanie i ogarnianie i zastanawianie się, jakim cudem i że przecież w tym roku miało być inaczej…?

*

Jednocześnie działa się magia. Zapraszamy do Wrocławia na wieczorek, pełny zwrot kosztów, dużo wina za free (wpis poprzedni). Tarnów, dzień dobry, bo pani ma nagrodę, pociąg, powrót do Warszawy szósta rano, bo muszę zdążyć na lekcję, popiszę w pociągu, Józef Baran nie zrozumiał pani wiersza, mówi dziennikarz Trójki, powinien być wyżej, śmiech, wino znowu, bankiet, nie pamiętam nawet, jak wyglądał hotel, zwlokłam się, wróciłam. Musisz jechać na festiwal, mówi były szef, zawsze byłaś w Olsztynie, jak to tak po prostu nie być? Więc po pracy auto, pęd, super kochany Z.Z. (nie wszyscy celebryci są jak dżuma), powrót rankiem, znowu.

Przepraszam, że zostawiam ci swoje obowiązki kochana, ale muszę jechać, bo uczelnia…

Dzień dobry, tu Gdańsk, ma pani nagrodę, czy to jakieś jaja? Pytam, ale nie, nie jaja, w strugach deszczu i satysfakcji jadę na północ, po kilkunastu godzinach, gdy wychodzę z walizką o czwartej rano, nowo poznani koledzy jeszcze piją, gdzie ty do diabła idziesz? Oczy w słup. Na pociąg. A na pociąg do Brzegu tydzień później, powrót już o dziewiątej, bez dramatu, ale za to wtedy była ta rada pedagogiczna.

*

Siedzę sobie na radzie i radzą, potem myślę, że coś nie tak i próbuję to powiedzieć Agnieszce, ale chwilę potem world is over, film urwany, nogi do góry, a jeszcze potem tak człowiekowi głupio, że przeprasza wszystkich i wszystko. Pomyślałam: przesada. I niedługo potem sama znalazłam sobie zastępstwo.

*

Gdy pozbyłam się polskiego, dziesięciu godzin, byłam najszczęśliwsza na świecie. Bilet na grudniowe Kanary kupiliśmy już wcześniej. Potem poszłam do fryzjera, do kosmetyczki, po sukienkę Desiguala z długim rękawem, nowe dżinsy i dwa sweterki. Za ich pomocą powoli wychodzę z czarnej dziury i wyjdę przecież. Palce mam już nad głową, tylko stopy grzęzną, ale jest ok. Wczoraj, najszczęśliwsza na świecie poszłam z S. na piwo i shihę, wniebowzięta smakowałam każdego kroku, który nie prowadził mnie w kierunku szkoły, uczelni lub własnego domu, w którym przecież też pracuję.

Ogłaszam koniec walki.

Dzień dobry, tu Toruń. Tak, z przyjemnością przyjadę 8 grudnia.

THE END

Pijany Wrocław

Wrocław mnie zawiódł, choć przywitał pięknie. Obca osoba zagaduje na Facebooku i zaprasza na wieczorek mój własny. Radosny szok i obawa – niesłuszna po trzykroć. Kiedy N. powiedziała, że pojedzie ze mną i zrobimy sobie wycieczkę, przez chmury przebiło się słońce i pojechałyśmy. Rozkopane ulice blokowały wjazd do hotelu, do tego nie mam zastrzeżeń. Do hotelu większe, ale był tani, więc może też nie powinnam.

Byłam tu trzeci raz i dwie pierwsze wizyty zakodowały w mojej głowie ładną, dużą przestrzeń, turystów, formę widocznego dostatku. Tym razem, gdy najpierw siadłyśmy na obiad, na rynku rąbało jakieś straszne disco z wodzirejem. Wałęsał się żebrak i para siedząca przy stoliku od moich pleców zaburzała i tak zaburzony odbiór rzeczywistości jakimś topornym grubiaństwem. Zdarza się wszędzie, chodźmy, i poszłyśmy do galerii Ślimak, gdzie miał odbyć się wieczorek.

Na dzień dobry uderzył mnie entuzjazm o skali nieprawdopodobnej. Pani właścicielka ma misję i ją realizuje, zaprasza – użyjmy słowa szumnego „artystów” – ogłasza, reklamuje, dopasowuje prowadzącego, częstuje winem a na końcu poza tradycyjnymi kwiatami daje czekoladę. Bardzo mi się chciało czekolady.

Siedziałyśmy w Ślimaku do nocy i rozmawiałyśmy o literaturze, aż etap imprezy doszedł do puszczania sobie muzyki na youtubie. Ja przymusiłam wszystkich do odsłuchania tego:

Potem, uszczęśliwiona, poszłam z N. na miasto, a podczas spaceru w kierunku Rynku zaczepione zostałyśmy trzy razy. Nieco obniżyło to euforię, zwłaszcza że potem, pod parasolkami przy niezbyt czystych stolikach co chwilę obserwować mogłyśmy narąbane grupki, obcokrajowców z bliskiego zachodu, o fryzurach z plakatów disco-polo lub niemieckich pornosów z lat 90. Wszystko krzyczało, falowało, brzydko pachniało i upadało. Taksówkę powitałyśmy z ulgą.

Ale i tak było świetnie. Nie licząc pracy z laptopem na kolanach na siedzeniu pasażera, bo powiedziałam, że szybko napiszę ten tekst, do niedzieli po południu. Nie przewidziałam dwóch dodatkowych godzin w aucie, które spędziłyśmy zablokowane sznurem samochodów z prawej, tramwajem z lewej, a biegnącymi maratończykami od strony maski. Po cholerę oni biegną, ja się pytam już po raz kolejny w życiu?!

Kupuję od razu pięć tomików, jak tylko wyjdą, napisała pani ze Ślimaka. Muszę to u siebie mieć! No i pozostań tu skromny jak należy, człowieku… 🙂

E.

Jak nie opowiem, to pęknę

SkWP_20170817_008ończyły mi się części mowy. Nie jestem chyba w stanie objąć wszystkiego sercem, rozumem i językiem… A na dodatek mi wstyd, że zawsze śmiałam się z tych określeń, że to był najpiękniejszy dzień naszego życia i takie tam. Ale na serio – był. Przynajmniej mojego. Wszystko, wszystko było na dodatek tak szalone, że… Ok. Po kolei.

Najpierw Pendolino. Ecie pecie, gdzie jedziecie? Ele mele, na wesele. Wszystko wzięliśmy, o dziwo. Po drodze siedziała nieopodal dwójka bachorów. Nie, nie dzieci. Bachorów. Przyjechałam z rozdzierającą skórę czaszką, oszołomiona, z bagażem w każdej ręce. Jeszcze we wtorek było święto i z rzeczy pozostałych do załatwienia nie załatwiłam nic. Na szczęście było słońce i morze, masaż stóp polem magnetycznym znanym bardziej jako „piasek z plaży”, spacer, długi spacer. I środa.

Ogarnęła mnie niemoc. Popatrzyłam na swoje paznokcie. Zadzwoniłam pod pierwszy lepszy numer wskazany przez Google, żeby ktoś coś z nimi zrobił.
– Nie ma szans.
– Ale ja mam jutro ślub.
– I teraz się pani obudziła? – ochrzan po drugiej stronie słuchawki – Dobra, wciśniemy.
Wcisnęli. Lało. Poszłam, zażądałam różu, do butów. Zmieniliśmy mieszkanie teściowej (!) na hotel, w środku szampan i kwiaty. Potem H. namówił mnie na saunę i basen, a sam zniknął kupować soki, nie soki, owoce, załatwiać, ogarniać, robić… Wydudliłam dwa kieliszki i poszłam, a co. Razem z potem spływał stres i alkohol z całego roku. Gdy wyszłam, prawie wszystko było załatwione. Mogłam się tylko smsem nie dowiadywać, że Kub. ma taki pociąg, że przyjedzie na godzinę przed ślubem. Tak, to trochę mnie poddenerwowało, ale na chwilę tylko. Na wszelki wypadek napisałam do Taty, błagam, weź aparat, bo Kub. będzie w ostatniej chwili. Taka historia.

Nałogi i nałogowi mężczyźni w Kołobrzegu, J. w Kołobrzegu, moi rodzice w Kołobrzegu, rodzina z Poznańskiej w Kołobrzegu, Rodzona w Kołobrzegu. Każdy gdzie indziej, ale spotykało się kogoś co chwilę, bo Tato, dowieź nasze wino do knajpy, Rodzona, weź mi przywieź to i to, kup pomadkę, użycz bagażnika. Pierwszy raz używałam trybu rozkazującego, a wszyscy po prostu robili. Nie do uwierzenia.

WP_20170817_010

Czwartek nastąpił jak grom z jasnego nieba. Bawiłam się telefonem i poszłam do fryzjera. Czas przyspieszył. Wskazówki zapierdzielały. Założyłam kiecę. Szpile. Wyszliśmy, za łapki, na piechotę. Zatrzymuje mnie nieznajoma, gdzie pani kupiła sukienkę? Po chwili druga: „Jaka ładna sukienka!”. Najpierw pytam H., czy to mi się śni, potem schodzę na ziemię i zadaję pytanie bardziej prozaiczne.
– Wzięliśmy obrączki?
– K****a!!!
W tył zwrot, sprint pod hotel, ja zostaję sama, idę wolnym krokiem. Czegoś mi jeszcze brakuje, dzwonię do Rodzonej, robi wywiad. Buty na zmianę? Mam. Dowód? Jest. Obrączki? Biegną. Czyli wszystko wydaje się być… Nie, nie było. Nie, nie zdążyłam wrócić po moje kwiaty, o których przypomniałam sobie już zbyt późno. Żałuję, bo były ładne, długo wybieraliśmy. Trudno. I przed urzędem jakoś pusto. To był najgorszy moment, gdybym wiedziała, że są dwa wejścia, nie dostałabym zawału, a tak dostałam siedmiu. Na szczęście nastąpiło nagłe zderzenie z Kub. Szybkie wspólne selfie w lustrze USC i wciela mi się tu on nagle w rolę fotografa na serio. Gra muzyka, ja i H. coś podpisujemy, świadek jest, ale Rodzona się gubi i po chwili odnajduje dopiero, też coś podpisuje i nagle już się dzieje. Działo.

Czy byłam wzruszona? Jak diabli. Byłam szczęśliwa, kochająca Kołobrzeg, urząd, prezydenta udzielającego ślubu. Wszystkich gości. I świat. I to, że do knajpy idziemy na piechotę. I słońce za to, że świeci. I to, że kolebie się pod sufitem kilka balonów z helem. I menedżerkę knajpy i DJ-kę. I pyszny obiad. A po obiedzie mini koncert… Koncert był piękny, mogę już teraz powiedzieć: jak zawsze. A po mini koncercie, kiedy J. wziął mikrofon, to ja już się śmiałam, zanim wiedziałam, o co chodzi. Mój śmiech zmienił się w rechot, gdy oświadczył, że napisał coś „dla swojej przyjaciółki i swojego profesora, który postawił mu tróję”, a rechot w kwik, gdy czytał to, co czytał. Jedyne, czego można żałować, to wysokie wyrafinowanie tekstu, czy raczej, wyspecjalizowanie, na skutek czego w kwiku swoim byłam nieco odosobniona, ale tylko nieco.

IMG-20170822-WA0001

No a potem było potem. Najlepsze podsumowanie imprezy: każdy robił, co chciał. Ciepła noc, więc były spacery nad morze, wychodzenie, wchodzenie, tańczenie, palenie, picie, gadanie… Byłam w cyklonie miłości, w centrum miłości. Od panieńskiego do… nie, nie do czwartku. Bo choć ślub był w czwartek i w czwartek natańczyłam się, nałaziłam, najadłam i napiłam za kilka ostatnich lat, to przecież koniec jeszcze majaczył w niejakim oddaleniu…

W piątek moja głowa wyraźnie dała znać: nie pilnowałaś się koleżanko, a na własnym ślubie miałaś tylko symbolicznie… Jak można tylko symbolicznie na własnym ślubie? Odpowiadam, obrażam się, przekręcam na drugi bok. A potem się uśmiecham, szczerzę, wtulam, witam, ała, głowa, ale witam ciebie mój ty, mój ty. Godzina mniej więcej dziesiąta. Śniadanie, kac, doba hotelowa zbliża się ku końcowi, tik-tak. Orientuję się, że nie mam swojego ślicznego bikini, nowiutkiego, morskiego w seledynowe małe groszki. W recepcji nie wiedzą, na basenie nie wiedzą. To tylko rzecz, pocieszam się i wychodzimy jeszcze na spacer, na obiad… Z pół godziny przed pociągiem dzwonią w hotelu. Kostium przyjechał z pralni. Słucham?? Musiała go pani ze zużytym ręcznikiem wrócić, więc go wyprali. Odbieram bikini opakowane elegancko w folię, kłaniam się, dziękuję, pociąg, tuf tuuuuf.

W Warszawie byliśmy o 23.00. Jako że nie umiem spać na siedzącą, kiwałam się w ogłupieniu, oczadzeniu, szłam na czworakach prawie, ale doszłam, doszliśmy. Kiedy w sobotę zadzwonił budzik, odmówiłam posłuszeństwa. I do Lublina, na – nazwijmy to – poprawiny pojechaliśmy dopiero po południu. Akurat zmroził już Dziadek wódkę, schłodził wino, pokroił wędlinę i cały szczęśliwy. Babcia mniej, bo zapomniała, po co przyjechaliśmy. Podkładam jej obrączkę pod nos, obejmuję, ściskam, wyściskuję, krzyczę do ucha, zaświeciło. Nawet przypomniała sobie, że dała Mamie prezent do przekazania, przekazany? Si.

Jest też Cioteczna i malutka, śliczna Zosia. Siadamy do stołu, aby nie wstawać od niego przez następną dobę. W szyby zacina deszcz, a ja w swoim domu rodzinnym, może bez Rodziców, bo zostali nad morzem, ale za to z Cioteczną, no i doczłapuje się z Kołobrzegu Rodzona z samochodem wyładowanym moimi prezentami. Odpakowujemy, Jedynka i Dwójka zachłannie pomagają, szarpią papier. Na koniec spotyka mnie ze strony Dwójki niespodziewany cios, sztylet w serce:
– Myślałam, że będziesz w sukience, Ciociu. Ja w ogóle… – cisza – w ogóle tak chciałam być! – oskarżycielski wzrok, moje wyrzuty sumienia jak stąd do Zachodniopomorskiego. Uciszam je tuleniem, pokazywaniem prezentów i rozdawaniem czekoladek. A na końcu znowu Lublin-Warszawa i moje błagam, błagam. Chcę zapamiętać to do końca życia, da się? Da?

E.

Niedziela. Ja.

– Dziadku, pożycz mi aparat.
– Nie masz aparatu?
– Mam taki stary taty, z którego nikt nie umie korzystać poza nim i taki super od koleżanki [z którą się nawet, gwoli publicznego pokajania, jeszcze nie rozliczyłam], ale nie chcę brać za dużo bagażu.
– To masz.
Chwila ciszy.
– Wiesz co, weź go sobie. Ja robię zdjęcia komórką.
– Spoko.
Aparat do kieszeni. Taki małpowy, mini, dla ludzi bez rozumu, taki na wszelki wypadek i jak się nie mieści prawdziwy. Chowam i zapominam. Wracam. Przygotowuję się, pracuję, żyję. Potem pakuję. Aha, aparat. Biorę, włączam. Bateria chodzi. Pamięć pełna. Nieskasowane zdjęcia. Oglądam. Walizka rozwalona jak ryj smoka wawelskiego. Siedzę i oglądam. Siebie. Siebie. Siebie. Rodzoną. Siebie i Rodzoną. Cioteczną. Siebie. Rodziną. Cioteczną. Siebie, Rodzoną i Cioteczną.

Siedzę. Siedzę. Siedzę…

E.

1 2 3